facebook:
christmas

2020-12-29 10 min to read

Sześć kolejnych Świąt na emigracji

Category : Rozmaite

Po raz kolejny przerwałam blogowanie –

2020 przyniósł nam wszystkim wiele nieoczekiwanych zmian.

Tych złych: podróżowanie stało się prawie niemożliwe, zamykały się hotele, restauracje, bankrutowały biura podróży i linie lotnicze, straciłam ochotę na pisanie. A także tych dobrych: media zaczęły doceniać przykłady zwykłej, ludzkiej życzliwości, a ja skończyłam 31 lat i zrozumiałam, że pewien etap życia mam już za sobą. Nie, nie przestanę zwiedzać świata, ale podróżowanie pozostanie raczej w sferze działalności dodatkowej, podczas gdy główne cele zarysowują się już teraz inaczej. Jak? Jeszcze nie zdradzę.

W tym roku po raz kolejny spędzam okres Świąteczno-Sylwestrowy na emigracji.

Ostatni raz w Polsce, w domu, byłam w Boże Narodzenie 2014 roku. Tym razem już prawie, prawie się udało i BAM – epidemia nowego wariantu korona wirusa pokrzyżowała plany. 21 grudnia, przed odwołaniem wszystkich przelotów pomiędzy Polską i Wielką Brytanią, postanowiłam wracać do Szkocji. Nie chciałam ryzykować powtórki z lockdown’u spędzonego w Polsce wiosną.

W ciągu ostatnich pięciu lat każde Święta były w jakiś sposób inne, spędzane gdzie indziej i w inny sposób – w Wietnamie, w Indiach, w Szkocji.

Kiedy zdałam sobie z tego sprawę, postanowiłam o tym napisać – zwięźle – w końcu od niektórych wydarzeń minęło sporo czasu, a pamięć jest zawodna.

Rok 2015, Edynburg, raczej smutne  Święta…

W 2015 pracowałam jako support-worker. Krótki epizod w życiu, podczas którego pomysł na siebie próbowałam znaleźć zajmując się pracą społeczną. Pracowałam głównie z ludźmi niepełnosprawnymi, sparaliżowanymi, jeżdżącymi na wózkach. Jako najmłodsza stażem w organizacji, która mnie zatrudniła, nie miałam większego wyboru – zgodziłam się pracować w Święta. Wigilii nie pamiętam, jedynie sam wieczór, ostatni odwiedzony dom, resztę wymazałam z pamięci. Święta spędzałam z Eileen – kobietą po 30stce z upośledzeniem mowy, cierpiącą na zaawansowaną schizofrenię. Rodzina nie zaprosiła jej do siebie, mimo, że kilka dni wcześniej wysłała im wszystkim starannie wybrane prezenty. Najwyraźniej taka osoba psuje idealne, rodzinne zdjęcia. Strasznie się bałam tych Świąt – prawie nie umiem gotować, a już na pewno nie potrafię ugotować świątecznego indyka. Miałam jednak dobre chęci – wszystko na nic. W sklepie spożywczym Eileen wybrała ten sam co zwykle, gotowy posiłek, który wystarczyło odgrzać w mikrofalówce. Ja przyniosłam ciasteczka i słodycze. Do tego kubki i herbatę (Eileen miała w domu jedną szklankę), radio, żeby posłuchać kolęd, kartkę świąteczną i nie pamiętam, co jeszcze. Próbowałam, chociaż niezdarnie, uczynić tamte Święta lepszymi. (Są pewne ograniczenia – pracownik społeczny nie może zrobić zbyt wiele – nie wolno nic kupować dla swoich podopiecznych, nie można podejmować za nich decyzji ani do niczego nakłaniać wbrew ich woli). Obejrzałyśmy razem Bożonarodzeniowe wystąpienie królowej i wyszłyśmy na krótki spacer. Było zimno, być może sypał śnieg – szczerze mówiąc nie pamiętam. Eileen nie nosi kurtki, marzła, na szczęście znalazłyśmy otwartą hinduską restaurację. Wypiłyśmy gorącą czekoladę. Czułam się bezradnie. Nie wiedziałam, co powiedzieć, jak się zachować, jak pomóc. Nienawidzę tego uczucia – sprawia, że nie lubię siebie.

Rok 2016, Ha Giang, Wietnam, Święta z dzieciakami

W zimie 2016 roku podróżowałam po Azji Południowo-Wschodniej. Na grudzień, styczeń i kawałek lutego przypadł Wietnam. Święta spędzałam jako wolontariuszka w szkole językowej w górach Ha Giang. Było nas dziesięcioro – ja i inni, z Wielkiej Brytanii, Węgier, Szwajcarii i Francji, do tego wietnamscy nauczyciele i dyrektorka. Urządziliśmy bal dla dzieciaków. Pamiętam strojenie sztucznej choinki i rozwieszanie papierowych, ręcznie robionych dekoracji. Wszędzie pozaczepialiśmy baloniki we wszystkich możliwych kolorach tęczy. W największej sali na parterze dzieciaki siedziały w rządkach, rodzice stali z tyłu. Najzdolniejsi uczniowie przygotowali występy – wyglądało to wszystko jak z nieco innej epoki, późnych lat 80-tych lub wczesnych 90-tych. Recytacje, piosenki, pytania i odpowiedzi w języku angielskim. Najmłodsi szybko się znudzili i zaczęli przybiegać do nas – wolontariuszy. Na koniec John w tanim kostiumie Mikołaja z białą, wacianą brodą, rozdawał prezenty.

Wieczorem, kiedy wszyscy goście już poszli, zasiedliśmy do wspólnej kolacji – my, nauczyciele i wolontariusze. Nancy (dyrektorka) przyniosła nam to, co uważano za miejscowy przysmak – ślimaki rzeczne, nadal w skorupkach. Z grzeczności zjadłam jednego, a potem żołądek napełniłam chipsami i piwem.

Rok 2017, Goa, Indie, Boże Narodzenie w podróży

Niektórych zdziwi fakt, że w Indiach poza Diwali obchodzi się także Boże Narodzenie. Nie wszędzie, ale z pewnością w Goa – dawnej portugalskiej kolonii. Portugalczycy zostawili po sobie znacznie więcej niż tylko piękne kościoły i wspaniałe wille w stylu południa Europy, a mianowicie wyznawaną obecnie w sporej części regionu wiarę katolicką. W kraju do tego stopnia uduchowionym jak Indie wierzenia portugalskich kolonizatorów najwyraźniej padły na podatny grunt. Naszą pierwszą wspólną Wigilię z Virgilem spędzaliśmy w Panaji, stolicy stanu, włócząc się po malowniczych, portugalskich uliczkach i podziwiając często oryginalne dekoracje. O północy wybraliśmy się na pasterkę, która pomimo bariery językowej nie różniła się specjalnie od polskiej. Tuż po mszy złapaliśmy plecaki i wyruszyliśmy na stację kolejową po to, żeby Boże Narodzenie przywitać czekając na opóźniony kilka godzin pociąg.

Rok 2018, Edynburg , pierwsza świąteczna szynka

Pod koniec 2018 roku w Edynburgu przygotowywałam się do kursu umożliwiającego samodzielne nauczanie języka angielskiego. Na pół etatu pracowałam wtedy w restauracji, w której przed Świętami wszystkie możliwe ściany przyozdobiono ostrokrzewem. To był rok, w którym po raz pierwszy wypróbowałam Christmas crackers – olbrzymie papierowe cukierki zawierające w środku petardę, drobne zabawki, żarty i papierową koronę. Dwie osoby pociągają za dwa przeciwne końce cukierasa, który pęka z hukiem, co powoduje, że wysypują się z niego niespodzianki. Jedna z moich ulubionych, brytyjskich, świątecznych tradycji. To także były moje pierwsze, prawdziwe, brytyjskie święta – co prawda spędzane z Litwinem, ale jednak. Nie było Wigilii (pracowaliśmy), za to w pierwszy dzień Świąt zajadaliśmy się pieczoną szynką, baraniną, pieczonymi ziemniaczkami, marchewkami z pasternakiem, gotowanymi brukselkami i świnkami w kocykach (pigs in blankets).

Rok 2019, Hanoi, stolica Wietnamu

W Wietnamie nie żyje zbyt wielu chrześcijan, jednak jeśli już gdzieś ich szukać to właśnie w Hanoi i to wcale nie ze względu na rzeszę zasiedlających dzielnicę Tay Ho ekspatów. 2019 to zdecydowanie najdziwniejsze Święta, jakie do tej pory przeżyłam. Pracowałam wtedy jako nauczycielka j. angielskiego w jednej z najbogatszych dzielnic Hanoi, mieszkałam z kolei na drugim końcu miasta. Codzienne dojazdy na skuterze, życie wśród smogu, hałas i brak zieleni wykańczały mnie. Hanoi nigdy nie śpi – miasto buzuje. Stolica, jak na kraj rozwijający się przystało, jest jednym wielkim placem budowy, połączeniem tego, jak Wietnam wyglądał 20-30 lat temu z rozhukaną nowoczesnością.

Znów pracowałam w Wigilię, jednak tylko dwie godziny, od 17 do 19. Wracając wieczorem do domu odbiłam nieco z kursu i wjechałam do centrum miasta. Na placu pod katedrą odbywał się koncert Wigilijny – utkwiłam. Kiedy wyobrażacie sobie wielkie, azjatyckie miasta czy widzicie przed oczami tłumy ludzi na ulicach? Tak właśnie jest – doświadczyłam tego w New Delhi, w Bangkoku i w Hanoi. Pomyślcie o pasterce w najbardziej popularnym kościele w waszym mieście i ilość uczestników pomnóżcie razy tysiąc. Zostawiłam motor – miasto było nieprzejezdne. Prawie godzinę zajęło mi przejście trzech ulic na krzyż i dostanie się pod kościół. Plac rozświetlały setki światełek i dekoracji, śpiewał chór, ludzie byli dosłownie wszędzie. Wyglądało to bardziej jak festyn niż tradycyjne świętowanie.

W Wietnamie, kraju komunistycznym, kraju buddystów i tradycyjnych wierzeń ludowych, Boże Narodzenie obchodzi się z hukiem. Amerykanizacja. Niekoniecznie chodzi o to, w co się wierzy lub nie wierzy… Tuż po Halloween (podobnie jak w Stanach i w Wielkiej Brytanii) pojawiają się choinki, bombki, mikołaje, renifery i światełka. Dekoracje w sklepach, kawiarniach, na ulicach, w szkołach, a także w niektórych domach. Dzieciaki biegają w kolorowych kostiumach. Rodzice zabierają pociechy do wielkich centrów handlowych (których w stolicy jest kilka), żeby pooglądały sobie świecidełka i posłuchały amerykańskich kolęd. Tylko śniegu brakuje – o tej porze roku zazwyczaj pada deszcz.

W pierwszy dzień Świąt Ola i Chris zaprosili mnie do siebie na obiad. Zamówiliśmy kaczkę, niestety coś nam nie wyszło z warzywami więc ostatecznie dojechały do nas tylko frytki. Tak więc pieczona kaczka z frytkami jedzona przy pomocy pałeczek, ale za to w dobrym towarzystwie.
Popołudniu wybrałam się na spacer po Muzeum Etnograficznym, wcale nie ze względu na interesujące eksponaty (chociaż rzeczywiście jest to jedno z bardziej ciekawych muzeów w Wietnamie!), ale ze względu na przylegający do budynku park – jeden z nielicznych, większych obszarów zielonych w mieście. Pomiędzy drzewami można tam podziwiać różnorodność tradycyjnych, plemiennych budowli – Wietnam zamieszkuje ponad 50 mniejszości etnicznych, z których każdą charakteryzują własne stroje, język, domy i tradycje. Wielka szkoda, że proces globalizacji pędzi do przodu, mieszkańcy wiosek migrują i nawet obecnie w wielu przypadkach część budowli, ubrań, biżuterii podziwiać już można tylko na muzealnych wystawach. Muzeum etnograficzne to podróż do interesującej przeszłości narodu i do tego wszystkiego, czym niestety Hanoi dziś już nie jest.

Z Muzeum pędząc na łeb na szyję dotarłam z powrotem do centrum, pod drzwi Teatru Narodowego. Pół godziny wcześniej kupiłam bilet na ‚My village’ – połączenie akrobatyki i tańca z tradycyjną muzyką i potężnym medium, jakim są kije bambusowe. Przedstawienie poprzez dźwięk i ruch opowiadało o życiu wietnamskiej wsi. W Boże Narodzenia podjęłam więc kolejną próbę zrozumienia azjatyckiej kultury. Bezskutecznie. Co nie zmienia faktu, że podziwiam jej piękno. Na kolację zatrzymałam się w mojej ulubionej hinduskiej restauracji podającej chlebek naan wielkości naprawdę ogromnego talerza. Zamówiłam thali. Najbardziej nietypowe świąteczne menu.

Rok 2020, Scourie, Północ Szkocji

Boże Narodzenie na kwarantannie 🙂 21 grudnia w związku z zaostrzającą się epidemią korona wirusa wróciłam z Polski do Szkocji. Nie wychodzę z domu. Salon jest cały udekorowany – skarpety wiszą nad kominkiem, światełka na każdej ścianie, gałązki jodłowe, wieniec, świece i choinka. Czuję się prawie tak, jakbym mieszkała gdzieś w Norwegii lub Laponii. Funkcjonujemy w ciemnościach.

Jeszcze nigdy nie mieszkałam tak daleko od cywilizacji i w miejscu kraju tak bardzo wysuniętym na północ. Nie ma zbyt wiele śniegu – w końcu to Szkocja, a dni są krótkie i szare. Dopiero w okolicy godziny 10 zaczyna się porządnie rozjaśniać, a porządne światło dzienne występuje przez mniej więcej dwie godziny dziennie – pomiędzy 12 i 14. Wieczory są przyjemne – palimy w kominku, słuchamy muzyki, oglądamy filmy. Jeden dzień podobny do drugiego.

Boże Narodzenie 2020 chyba wszystkim upłynęło pod znakiem face-calli, Whatsapp czatów i Zoomowania. Mi także. Virgil przygotował wspaniały świąteczny posiłek – tym razem był indyk. W przygotowaniu Wigilii pomagałam sama – kolacja była odrobinę polska i odrobinę litewska. Jedliśmy śledzie z marchewką i morelami, barszcz, pierogi z grzybami, sałatkę z buraczków, kapustę z grzybami i piernika. Karpia nikt z nas nie lubi.

Obecnie czekam na Nowy Rok – 2020 był dziwny. Myślę, że wszyscy pożegnamy go z ulgą.

 

Wietnam 2016

Indie – ozdoby choinkowe 🙂

 

Indie 2017 - choinka z braku laku :)

Indie - ozdoby choinkowe :)

charset=Ascii

Hanoi – plac katedralny

święta w Wietnamie Hanoi