facebook:
Szkocja

2020-07-02 6 min to read

Z Polski do Szkocji w czasach pandemii

Category : Poradnik podróżnika, Rozmaite, Życie w Szkocji

Już od jakiegoś czasu zabierałam się do tego, żeby napisać, jak obecnie wygląda sytuacja epidemiologiczna w Wielkiej Brytanii, a także opisać moją podróż z Polski do Szkocji w czasach pandemii. A jest o czym pisać – godzina wyjazdu przekładana w ostatniej chwili, opary wódki w busie, opóźnienia, a wreszcie dwunastogodzinny postój przed wjazdem do euro-tunelu. Tak przez ostatnie tygodnie (miesiące?) wyglądało przemieszczanie się Polaków pomiędzy dwiema ojczyznami – tą, w której się urodzili i tą, która była kwestią ich świadomego wyboru.

Mowa tu oczywiście o drodze lądowej – powietrzna aż do wczoraj pozostawała niedostępna, bo nawet kiedy rządy innych państw europejskich zdecydowały się na wznowienie działalności lotnisk i linii lotniczych, polski rząd pozostawał w tej kwestii nieugięty. Tak więc jeździliśmy (my,Polacy) samochodami, busikami, autobusami, za przejazdy płacąc kosmiczne kwoty.

Polskie firmy przewozowe szybko zorientowały się, ze w czasach pandemii na przewożeniu pasażerów zrobić można niezły biznes.

Zaczęło się dokupowanie lub wypożyczanie busów, zatrudnianie nowych kierowców, reklamowanie w social mediach. Pojawiło się kilkunastu nowych przewoźników, a przy okazji rozwinął się także carpooling – zabieranie dodatkowych pasażerów samochodem prywatnym i dzielenie się kosztami przejazdu. Biznes przewozowy osiągnął swój szczyt trzy tygodnie temu – Polacy usilnie próbowali powrócić do Wielkiej Brytanii przed wprowadzeniem przepisów o obowiązkowej 14-dniowej kwarantannie. W tej grupie podróżników znalazłam się również i ja.

Na Facebooku już wtedy pojawiały się komunikaty o oszustach pobierających zaliczki za przejazd, a następnie nie pojawiających się po odbiór pasażerów.

Natknęłam się na przynajmniej kilka podobnych komentarzy. Zastanawiałam się przez chwilę nad podróżą samochodem z osobą prywatną (mniejsze koszta), jednak potem zdecydowałam, że dla kobiety być może nie jest to do końca najbezpieczniejsza opcja. Poza tym nie miałam ochoty na prowadzenie przypadkowych rozmów. Ostatecznie wybrałam firmę przewozową posiadającą sensowy profil i kilka pozytywnych komentarzy w sieci. Wyglądała pewnie – jakże się pomyliłam.

Już sama rezerwacja zdecydowanie nie przebiegała gładko. Po wpłaceniu zaliczki firma zamilkła. ‘No, ładnie.’ – myślałam. W końcu po tygodniu udało mi się do nich ponownie dodzwonić… Godzina wyjazdu? Nadal nieznana. Prawdopodobnie w piątek w okolicy południa. Tak więc zarezerwowałam kolejną noc w hotelu i umówiłam się na kolację z koleżanką. Popchnięta przeczuciem w czwartek wieczorem postanowiłam jednak zadzwonić do firmy ponownie. Tym razem podano mi numer telefonu kierowcy.

Przedzwoniłam – ‘Wyjeżdżamy dziś w nocy’, usłyszałam. Potem było pakowanie w biegu, szybki prysznic i oczekiwanie na busa, który przyjechał z trzygodzinnym opóźnieniem. Mimo wszystko jednak przyjechał, a ja z ulgą rozłożyłam się na tylnym siedzeniu. Nie miałam nawet czasu zastanowić się nad brakiem zastosowania jakichkolwiek środków ostrożności w związku z pandemią – pasażerowie siedzieli blisko siebie, nikt nie zasłaniał twarzy maseczką, dwóch panów z przodu popijało wódeczkę z jednej butelki…

Samochód ruszył, a ja połknęłam tabletkę i zamknęłam oczy w nadziei na sen. Niestety, z głośnika nad moją głową rozległo się dudnienie. Najwyraźniej kierowca na rozbudzenie stosował Redbulle w połączeniu z dennym techno. Zatyczki do uszu niewiele były w stanie pomóc. Na granicy okazało się, że kierowców będzie dwóch – uff, przynajmniej chociaż trochę bezpieczniej. Tymczasem młodszy z nich szybko przyznał, że jeszcze nigdy nie był w Wielkiej Brytanii i nie jeździł lewą stroną drogi. ‘Poradzisz sobie młody, to nic trudnego.’- uspokajał go ten drugi. W pojeździe śmierdziało wódką, aż do momentu, kiedy panowie z przodu przesiedli się do innego busa.


Jechaliśmy autostradami – to zabawne, jak jedna podróż drogami ekspresowymi może potwierdzić wszystkie Twoje stereotypy na temat poszczególnych państw. W Niemczech stacje benzynowe sprzedawały kiełbaski zwane ‘wurstami’ i precle (na szczęście udało mi się także znaleźć kanapkę z pumperniklem i avocado). Przy wejściu zawracano wszystkich, którzy zapomnieli włożyć maseczki. W Holandii pracownicy byli niezwykle uprzejmi, a kawa cholernie droga. Krajobrazy płaskie i nudne.

Kierowca przez cały czas palił w busie – próbowałam mu delikatnie zasygnalizować, że mi to przeszkadza, ale zamiast przestać, zaczął tylko uchylać okno. W pewnym momencie, gdzieś w Belgii (a może Francji?) podczas postoju rozpętała się burza. Nie chodziło jednak o papierosy…

‘Nie przesłali nam kodów, dranie.’ – Jakich znowu kodów? Przez pewien czas nic nie mogłam zrozumieć.
‘Kodów na tunel, euro-tunel. Potrzebne nam kody, żeby przejechać.’ – Kto nie przesłał? Właściciel firmy i organizator przejazdu.
Po pewnym czasie kody się znalazły, aczkolwiek jedynie na wjazd na wyspy.
‘A co z drogą powrotną?’ – wykłócali się kierowcy. ‘Co jeśli przejedziemy w jedną stronę, a wy nie wykupicie biletów powrotnych na czas i nie wyjedziemy z Wielkiej Brytanii przed wprowadzeniem kwarantanny?’- Nie przyszło im do głowy, że kwarantanna obowiązywać miała jedynie osoby wjeżdżające do kraju po 8 czerwca, a nie próbujące z niego wyjechać… Polacy czasami logiką nie grzeszą.

Postanowiliśmy spróbować przejechać przez tunel jeszcze tego samego dnia. Stanęliśmy w sznureczku samochodów, niestety szybko skierowano nas na parking na uboczu. Przez godzinę pasażerowie zastanawiali się, co się wydarzyło, jednak żaden z kierowców nie kwapił się, żeby rozwiać ich wątpliwości. ‘Gdybym mówił po angielsku to już dawno bym się dowiedział o co chodzi’. – tyle usłyszałam. W końcu zdecydowałam się przejąć inicjatywę i samej pomaszerować do okienka informacji. ‘Wasz przejazd był wykupiony na wczoraj na godzinę 15. Ponieważ nie przyjechaliście na czas, jedyne co możemy zrobić to umieścić was w pierwszym wolnym pociągu’. (powinnam zaznaczyć, że euro-tunelem przejeżdża się czymś przypominającym super szybki pociąg towarowy, olbrzymią metalową skrzynką do przewożenia pojazdów osobowych i ciężarowych). Następne wolne miejsce znalazło się na kolejny dzień, na godzinę 14. Czekała nas noc w niewygodnym busie.

‘Jak to możliwe, że właściciel firmy zarezerwował bilety przejazdowe na zły dzień i w dodatku nikogo o tym nie poinformował?’ – moje pytanie zostało bez odpowiedzi.

Spało się niewygodnie…


W sobotę popołudniu (hurra, hurra!) udało nam się przejechać. Wieczorem dotarliśmy do Szkocji.

Po czterdziestogodzinnej podróży (a według obietnicy przeprawa miała trwać 24 godziny)

nareszcie byłam w Edynburgu. Podsumowując – kompletny brak organizacji, brak jakichkolwiek środków ostrożności w związku z pandemią, kierowca bez doświadczenia, kierowca-palący papierosy w trakcie jazdy, czternastogodzinny postój na granicy… Polaku ! Zastanów się trzy razy zanim wsiądziesz do busa… Polecam poczekać na wznowienie lotów.

O sytuacji na wyspach napiszę już jednak w kolejnym poście, aczkolwiek żeby zakończyć pozytywną nutą – cudownie jest znowu mieszkać w pobliżu morza. Tęskniłam za widokiem i zapachem wody. Ponownie doceniam uroki szkockiego krajobrazu. Ech, gdyby tylko pogoda była nieco lepsza…