facebook:
Phu Quoc Wietnam

2020-05-07 4 min to read

O tym, jak koronawirus zakończył moją karierę w Wietnamie oraz jak nie zwariować w czasach epidemii.

Category : Rozmaite

Powyższe zdjęcie zrobiłam nie tak dawno na wyspie Phu Quoc. Wtedy przyszłość jawiła mi się nieco inaczej – powoli myślałam o powrocie, ale nie o takim I nie do takiej Europy wracać chciałam.

Pisząc mój poprzedni post nadal jeszcze mieszkałam w Wietnamie. W ciągu ostatnich kilku tygodni życie po raz kolejny wywróciło się do góry nogami (chyba zbyt często mi się to zdarza). Do Azji Południowo-Wschodniej wirus przyszedł wcześniej, niż do Europy. Już na początku lutego zamknięto tam wszystkie szkoły, a nauczanie odbywało się wyłącznie online, w dodatku w minimalnym wymiarze czasowym. Tak więc w marcu wróciłam do Polski, nie chciałam dłużej czekać, a tydzień później to tutaj choroba rozhulała się na dobre. Zamknięto granice – utkwiłam. Żartobliwie pytam – czy to ja podróżuję za wirusem, czy to wirus podróżuje za mną?

Nie wiem, co dalej, ale o dziwo się nie martwię. Takich jak ja jest obecnie sporo. Nie pracujemy, czekamy. Na szczęście jest dom rodzinny, w którym mogłam się na trochę zatrzymać. Mogło być dużo gorzej. Gdzieś po drodze, tak w Polsce, jak I w Hanoi (w Wietnamie) zabroniono ludziom wychodzić z domu bez koniecznej potrzeby. Ale tutaj jest taras I ogród, zieleń dookoła, jest pies, z którym można wyjść na pobliskie pola, są rolki I rower – zawsze tak jakoś po kryjomu można się było trochę poruszać. W Hanoi natomiast zostawiłam za sobą malutkie mieszkanko na czwartm piętrze z miniaturowym balkonem, 30 stopni Celsjusza, beton, kamień I smog. Postanowiłam, że od tej pory azjatyckie miasta będę omijać z daleka. Nie, nie samą Azję – uwielbiam orientalne jedzenie, tamtejszy klimat, krajobrazy, kulturę. Wszystko, tylko nie miasta. Tylko nie to zatrute powietrze. Tylko nie ruch uliczny, tłok na chodnikach, hałas I ciągłe poczucie bycia w potrzasku.

Jak teraz żyję? Rozwijam swoje kulinarne umiejętności – piekę, trochę gotuję. Upiekłam 6 różnych ciast, z których każde wyszło naprawdę dobre. Zwiedzam ścieżki rowerowe dookoła Nysy – są naprawdę śliczne, zwłaszcza wiosną. Dookoła kwitnące pola rzepaku I zieleń, niebo niebieskie, chmury puchate – sielsko jak na obrazku. Kwiaty, kwiaty I jeszcze raz kwiaty. Wiosna jest moją ulubioną porą roku. Jeżdżę na rolkach wzdłuż jeziora I wyrabiam mięśnie ud.

Co jeszcze? Sprzątam, organizuję I układam. Czytam – z radością wracam do książek przeczytanych w liceum czy w czasie studiów I odstawionych na półkę, jest ich sporo. Nie potrafię policzyć, ile przeczytałam od początu tej całej sytuacji. Literatura trzyma mnie przy zdrowych zmysłach. Literatura I kiepskie filmy oglądane wieczorami. Mam taki rytuał już od lat – dzień zaczynam od dwóch kaw I książki. Pewne rzeczy nie ulegają zmianie.


Jestem także wolontariuszką – uczę online, tym razem nieodpłatnie. Związałam się z dwiema ciekawymi organizacjami – jedną organizującą lekcję języka angielskiego dla uchodźców, drugą zajmującą się Polakami mieszkającymi w Szkocji I będącymi w trudnej sytuacji materialnej, zawodowej lub zdrowotnej. Lekcje prowadzone dwa razy w tygodniu dają mi ogromną satysfakcję I pozwalają utrzymać jako takie poczucie czasu. Nie przeszkadza mi, że nie otrzymuję za nie wynagrodzenia, cieszę się, bo rozwijam się I ja I moi studenci. Zmotywowało mnie to także do zrobienia kursu ‘nauczanie online’. Sporo się dowiedziałam I być może w przyszłości wykorzystam tę wiedzę w celach zarobkowych.

Teraz z wyznań podróżniczki I zakupoholiczki – mimo tego, że w zamknięciu I do tego nie pracując, naprawdę trudno było mi się powtrzymać od zakupów. Przywędrowały więc do mnie ‘z Internetów’ a to bluzka, a to książka, a to akcesoria sportowe. Jednak moim największym odkryciem był sklep etnobazar.pl, gdzie znalazłam dla siebie najrozmaitsze rozmaitości z różnych kontynentów I krajów. Jest tam wszystko – drewniane ozdoby, afrykańskie maski, pufy do medytacji prosto z Indii, składniki kuchni orientalnej, ogółem to, co zawsze chciałam ze sobą przywieźć z moich podróży, ale na co najczęściej brakowało miejsca w plecaku… I jeszcze to, co dla mnie najważniejsze: zapachy. Jestem uzależniona od zapachów – olejków, kadzidełek, świec. Poprawiają mi nastrój I pomagają się zrelaksować. Mój pokój wieczorem – płonąca świeczka, przygaszone światło, spokojna muzyka. Cheesy? Być może, ale naprawdę działa. Nikogo nie zmuszam do medytacji – z resztą sama nie potrafię medytować, maksimum na które mogę się zdobyć to skupienie podczas uprawiania jogi, a I to tak naprawdę nie zawsze. Nie o to chodzi, żeby medytować, chodzi o to, żeby być dla siebie dobrym.

To chyba takie najważniejsze rzeczy, które pozwalają mi przetrwać ten czas – odcięcie od znajomych, przyjaciół, partnera, który został w innym kraju. Przyznam, że niezbyt często kontaktuję się z ludźmi, ale jest mi niezwykle miło dostawać wiadomości od znajomych, którzy sprawdzają jak się czuję I czy udało mi się wrócić do Europy. Są I plusy tej dziwnej paranoi 🙂 A Wy jak sobie radzicie w tych ciekawych czasach?