facebook:
Ha Giang

2020-02-05 4 min to read

2020: Rok szczura (Wietnam). Świat zwariował.

Category : Azja południowo-wschodnia

Chiny zmagają się z korona wirusem. Tymczasem Wietnam panikuje, bez żadnych większych powodów. Owszem zdarzają się zachorowania poza chińskimi granicami (w Wietnamie odnotowano w sumie 9 przypadków), nadal jest to jednak względną rzadkością i dotyczy osób, które podróżowały do regionów objętych obecnie kwarantanną.

Mimo tego ceny maseczek w aptekach poszły w górę – nigdy wcześniej pomimo smogu nie widziałam tylu ludzi noszących je na ulicach. Pozamykano szkoły – odgórny, rządowy nakaz. Póki co na okres jednego tygodnia (zostawiając jednak otwarta furtkę i informując o możliwych zmianach w zależności od sytuacji w regionie). Setki nauczycieli angielskiego w Hanoi pozbawiono tygodniowego dochodu. Moja osobista sytuacja jest stabilna – szkoła, w której pracuję wypłaci mi normalną pensję, jednak stracone godziny będę musiała odpracować. Minusem pracy w Wietnamie jest między innymi to, że płacą mi wyłącznie za czas przepracowany – wakacje / przerwy świąteczne czy noworoczne są nieodpłatne, podobnie jak dni przechorowane. Grupa szkół, dla której pracuje zapewnia jednak jako-takie finansowe bezpieczeństwo, wszystko w ramach wyżej wymienionego systemu, który do idealnych zdecydowanie nie należy.

Rok szczura przyniósł więc nam wirusa i chociaż chiński horoskop na ten rok wygląda dla mnie całkiem pomyślnie, nie uważam, że jest to dobry znak. Pokrzyżowano mi plany podróży do Chin, zastąpiła ją planowana podróż na Bali (nieco mniej ciekawe miejsce, aczkolwiek znacznie bardziej przyjazne, zwłaszcza w świetle ostatnich wydarzeń).

Przy okazji dowiedziałam się, że Chiński Nowy Rok to jednak nie to samo, co Wietnamski Tet. Obydwa kraje świętują zgodnie z kalendarzem księżycowym, dla obydwu państw są to najważniejsze obchody w ciągu roku, dekoracje wyglądają podobnie, podobne są również kolory, jednak jak to się mówi duch świąt jest odmienny, a Wietnamczycy mają swoje własne tradycje.

Tet spędziliśmy objeżdżając motocyklami górski region Ha Giang – moim zdaniem jedno z najpiękniejszych i najbardziej autentycznych miejsc w Wietnamie. Była to moja druga tam wizyta, pierwsza miała miejsce w 2016 roku. W najbardziej wysuniętych na północ zakątkach Wietnamu niewiele się zmieniło – turystyka rozwija się jednak szybko. Powstało trochę nowych hoteli, hosteli, restauracji. Większość przyjezdnych nadal jednak wybiera znacznie wygodniejszą podróż do Sa Pa, gdzie spodziewać się można porównywalnych widoków i większych luksusów.

W Wigilię Nowego Roku zatrzymaliśmy się w Meo Vac – maleńkim miasteczku niedaleko chińskiej granicy. Nie spodziewaliśmy się wielkich celebracji w tych ubogich, prowincjonalnych warunkach, jednak ku naszemu zaskoczeniu świętowano z wielką pompą. Na lokalnym stadionie ustawiono scenę, gdzie występowały lokalne grupy muzyczne i taneczne. Około godziny 23 odśpiewano coś, co brzmiało jak ballada do Ho Chi Minha i rozpalono gigantyczne ognisko, wokół którego rozpoczęły się tańce. A o północy z pobliskiego wzgórza wystrzeliły fajerwerki – pokaz trwał dobrych 20 minut. Obchody Tet w tej niewielkiej mieścinie dobrze pokazują, jak ważne jest to święto dla Wietnamczyków.

Przez kilka następnych dni widywaliśmy po drodze dzieci wystrojone w najpiękniejsze, ręcznie robione, regionalne stroje – kolejna noworoczna tradycja. Życie powoli wracało do normy – w wioskach rolnicy wychodzili na pola, a kobiety prały i gotowały jak zwykle. Wzrusza mnie prostota takiego życia – tak wiem, jest biednie (a jeśli nie biednie to biedniej), codzienna ciężka fizyczna praca męczy, ale widząc tych ludzi ma się poczucie prawdziwej wspólnoty. Czas płynie jakoś tak wolniej, zawsze jest chwila na rozmowę z sąsiadem, dzieciaki biegają po podwórkach zamiast siedzieć w domu z tabletami, a wszystko wydaje się takie jakieś zdrowe i na swoim miejscu. Najwyraźniej odzywa się we mnie sentymentalny duch XIX wiecznego romantyzmu, ale taka właśnie prostota jest tym, za czym głęboko tęsknie.

Z wiekiem rośnie we mnie silne wrażenie tego, jak sztucznym i wysysającym z człowieka energię witalną tworem są miasta, zwłaszcza te duże. Cieszę się, że wychowałam się w małym miasteczku, biegając po osiedlach z innymi dzieciakami, że mama zabierała mnie na lato do babci, gdzie telewizor odbierał zaledwie trzy kanały i można było posiedzieć spokojnie w ogrodzie. Że nauczono mnie jak cieszyć się słońcem.

Przyzwyczaiłam się do Hanoi – do ruchu, zgiełku, korków. Co nie znaczy, że polubiłam to miasto. Mówiąc szczerze – nudzę się tutaj. Jeśli już mieszkać w mieście, to chociaż pełnym kultury – kin, teatrów, książek. Mieście, jak Kraków. Tymczasem Hanoi jest odrobinę nijakie – początkowo fascynuje swoją odmiennością, dziwacznością nawet. Kiedy jednak się już człowiek przyzwyczai i nauczy się jak sobie tutaj radzić, miasto nie ma do zaoferowania nic nadto ciekawego. Ciężko przegryźć się przez barierę kulturową, trudno zawrzeć bliższe więzy z Wietnamczykami. Kultura expatów – pub quizy, koncerty, wegańska kuchnia, yoga – „hippie” lub „Brit”, szczerze mówiąc mieszkając w tak męczącym miejscu nie mam na to wszystko siły. Nie mam energii, żeby odkrywać rzeczy, które sprawiłyby, że poczułabym się tutaj jak w domu. Koncentruję się na pracy. Pogoda ostatnio również nie sprzyja. Dlatego właśnie luty spędzę na południu. Do mojego powrotu nie zamierzam się martwić tym, co dalej.