facebook:
78120879_2622013801197238_5242909935922053120_o

2019-12-03 7 min to read

Ninh Binh

Category : Rozmaite

Wiesz co Kasia, ja nie wiem, jak Ty tutaj wytrzymujesz… – to mi powiedziała Anka jej pierwszego wieczoru w Hanoi. A może był to Jose – znajomi z Polski i Edynburga odwiedzający Wietnam. Zgadzam się z nimi zupełnie – to prawda, stolica Wietnamu to miasto szalone, ruchliwe, głośne i męczące.


Siedzieliśmy razem na piwie w tzw. Old Quarters – starym mieście. Stoliczek był maleńki, krzesełka niewygodne, wszyscy podkurczaliśmy nogi – standard w Azji. W pewnym momencie podszedł do nas jeden z kelnerów i zabrał stolik. Następnie zmusił do wstania i pochował krzesełka. „Police, police” – wyjaśniał. Tak więc staliśmy koło baru sącząc nasze trunki i zastanawiając się, co dalej. Policja rzeczywiście po chwili się zjawiła – przejechali sporej wielkości wanem. Kontrola? Odjechali – stoły i krzesła ustawiono z powrotem. Czy chodziło o pozwolenie (a raczej jego brak) na stawianie stolików na ulicy? Sama nie wiem. Od kiedy tu mieszkam przynajmniej kilkukrotnie widziałam policjantów przepędzających ulicznych handlarzy i powodujących niemałe zamieszanie wśród właścicieli barów. W jaki sposób działa tutaj prawo? Nie wiem, ale jako obcokrajowca w większości przypadków mnie ono nie dotyczy… Po prostu obserwuję.

Postanowiłam wyjechać z miasta – zaledwie na kilka dni. Ściślej cztery – na więcej urlopu nie mogę sobie pozwolić. Kiedyś napiszę o plusach i minusach pracy jako nauczyciel języka angielskiego w Hanoi – jeszcze nie teraz. Ciągle się uczę. Do Ninh Binh spróbowałam dotrzeć koleją – to zaledwie dwie godziny drogi. Wietnamskie pociągi okazały się wygodne, chociaż nie tak wymuskane jak te nasze w Europie. Warto jednak wspomnieć, że w każdym wagonie znajdują się przynajmniej dwa telewizory – wyraz miłości Wietnamczyków do głośnej muzyki i telewizji. W wietnamskich pociągach jest również ichniejsza wersja Warsa – miła pani z wózkiem sprzedająca przekąski, do których należą świeże, zielone mango i kawałki trzciny cukrowej. O ile pamiętam taką trzcinę nie tyle się zjada, ile żuje wysysając słodki sok. Kawę również mieli – szkoda tylko, że z lodem i nalewaną z półtoralitrowej, plastikowej butelki po wodzie mineralnej. Nie skusiłam się, wolałam się przespać.

Wysiadałam z Ninh Binh – małym miasteczku. Wysiadłam i prawie popłakałam się ze szczęścia. Jak tu cicho, prawie żadnych samochodów, tak niewiele motocykli – myślałam. I wcale nie o to chodziło, że miasto jakieś specjalnie ładne, ot zwykła wietnamska prowincja. Po prostu tak okropnie tęsknię za spokojem i czystym powietrzem. Przypomniało mi się za co kocham Wietnam – za tę jego niespieszność (której niestety brak w Hanoi).

Zatrzymałam się w Tam Coc, gdzie przypadkowo (nie planowałam) zwiedziłam pobliski rezerwat ptaków. Rezerwat to chyba zbyt dużo powiedziane… Tutejsi mieszkańcy miejsce to próbują przerobić na kolejną przesłodzoną atrakcję – powstaje resort z restauracjami, kwiecistymi klombami i błyszczącymi dekoracjami. Przypomniało mi się Dalat (miejscowość turystyczna w centralnej części Wietnamu). Nadal istnieje jednak i dzika część rezerwatu – ścieżka prowadząca do lasu i pozwalająca się w nim zgubić. Zabawnie wygląda podział na turystów zachodnich i rodzimych (wietnamskich) – Ci pierwsi szukają krajobrazu jak najbardziej dzikiego, Ci drudzy najchętniej robią sobie selfie przy sztucznych dekoracjach. Wybrałam się na krótką podróż łodką w głąb rezerwatu – na drzewach zobaczyłam setki, jeśli nie tysiące bocianów. Widok niesamowity i nie przeszkadzało mi nawet, że łódki turystyczne po brzegi wypełnione były wietnamskimi rodzinami. Bociany wijące gniazda na drzewach wyrastających prostu z wody, a dookoła wapienne wzgórza porośnięte zielenią. Więcej mi nie trzeba.

Region Ninh Binh okazał się przepiękny – wapienne wzgórza i rzeka, pola ryżowe (choć o tej porze roku już wcale nie zielone). Zaskoczyła mnie tutejsza architektura – różnorodność świątyń, pagód i kościołów – niektóre z nich naprawdę wspaniałe. Nie spodziewałam się tego po laickim Wietnamie. Tutejsza wersja Buddyzmu sprawiła, że złapałam się za głowę – ciężko jest zrozumieć regionalne odmiany tradycji i religii azjatyckich. Pełen eklektyzm – posążki Buddy obok statuetek wietnamskich mędrców, chińskie pismo logosylabowe, żurawie stojące na żółwiach (symbole zapożyczone z feng shui) i lady Buddha – symbol współczucia, bóstwo roztaczające opiekę nad matkami.


– My wierzymy, że po śmierci dusza trafia do innego świata. – łamaną angielszczyzną mówił przewodnik oprowadzający grupę Amerykanów po świątyniach, tym razem już nie buddyjskich, w Hoa Lu (pierwszej wietnamskiej stolicy). – W tym drugim świecie żyje się bardzo ciężko, a jeden dzień tam to jak dziesięć dni na naszej ziemi. Mimo tego ludzie po śmierci chcą spędzić czas w zaświatach, żeby spotkać się ze swoimi przodkami i poznać rodzinne historie. Jest im jednak tam bardzo ciężko, dlatego Ci, których pozostawiają za sobą, bliscy i przyjaciele, z całego serca chcą ułatwić im to dziwne egzystowanie. Wietnamczycy wierzą, że paląc papierowe wersje przedmiotów codziennego użytku, wysyłają je duszom swoich zmarłych w ofierze. Reprezentacje przedmiotów, które spalamy uległy zmianie w ciągu ostatnich dziesięcioleci – obecnie pali się nie tylko papierowe pieniądze, ale także papierowe motocykle, samochody, czy nawet iphony, wszystko zależy od tego, co mogłoby pomóc Twojemu zmarłemu. – przewodnik przez dłuższą chwilę opowiadał o świecie zmarłych i symbolach znajdujących się w świątyni, niestety nie łatwo było go zrozumieć. Podobnie jak nie łatwo było poskładać kawałki układanki w jedną, spójną całość. Azja na zawsze pozostanie dla mnie tajemnicą.

Pomimo rozmaitych opinii w Internecie postanowiliśmy pojechać do jednej z pływających wiosek. Według broszurek w takich miejscach mieszkańcy przez większą część roku egzystują na wodzie, mieszkając i handlując na łodziach. Trasa prowadziła przez piękny, wiejski krajobraz, niestety na miejscu okazało się, że wioska już od jakiegoś czasu pływającą nie jest. Z pozostawionych na brzegu rzeki rozpadających się mniejszych i większych łódek wnioskuję, że miejsce to przypominało kiedyś deltę Mekongu. Dawne domy, jakkolwiek wyglądały, zastąpiono jednak nowoczesnymi – murowanymi, łódki porzucono budując drogi i mosty, a wioska zamieniła się w najzwyklejszy, chaotyczny grajdołek. Wietnam zmienia się szybko, być może zbyt szybko.


Kiedy wjeżdżaliśmy do wioski na drogę wybiegła gospodyni. Food, food. Food, coca, beer – zapraszała. Posadziła nas na drewnianej ławie we własnym podwórku przed domem, który służył zarazem jako zakład fryzjerski i zaoferowała rybę. – No fish – poprosiłam. Pomyślała przez chwilę i zaproponowała jajka. Do tego ryż i kapusta z własnego ogrodu. W porządku. – powiedzieliśmy rozsiadając się wygodnie. Nie zapytaliśmy jednak o cenę i to był nasz błąd. Kobieta zabrała się za gotowanie, zostawiając z nami swoje trzyletnie (na oko) dziecko. Chłopczyk przyglądał się nam przez chwilę, po czym odwrócił się i przykucnął patrząc na telewizor, a po betonie metr od nas popłynęła strużka moczu. Zapach kibelka towarzyszył nam do końca obiadu, a cena, jakiej gospodyni zażyczyła sobie za daleką od doskonałości ucztę przekroczyła nawet moje przewidywania. W Wietnamskiej rzeczywistości poruszam się już w miarę sprawnie, ale dalej zdarza mi się wpadać w pułapki. Coś, co na pierwszy rzut oka wygląda na niesamowitą gościnność, w tym kraju szybko może okazać się zwykłym biznesem. Może, ale nie musi. Tym razem jednak właśnie tak było.

Z Ninh Binh przywiozłam przynajmniej kilka ciekawych historii. Niestety trzeba było wracać do życia codziennego i do Hanoi… Stolica Wietnamu potrafi zaciekawić i zafascynować. Z drugiej jednak strony czasami powala na kolana… W domu obok sąsiedzi właśnie rozpoczęli remont – nie jestem pewna, co takiego dokładnie robią, ale od trzech dni od 7 rano do wieczora towarzyszą mi dźwięki czegoś, co przypomina młot pneumatyczny. Tak właśnie wygląda rzeczywistość w Hanoi – nigdy cicho, nigdy spokojnie. Mija trzeci miesiąc – Szkocjo już tęsknię.