facebook:
Hanoi Long Bien

2019-11-01 3 min to read

Życie w Hanoi (odsłona druga)

Category : Azja południowo-wschodnia

Przyzwyczajam się. Właściwie nie wiem, czy to dobre słowo. Przystosowuję? Godzę z rzeczywistością (i zaczynam się nią cieszyć).

Duże miasta mają to do siebie, że najczęściej trzeba dojeżdżać do pracy. W Hanoi jest to szczególnie nieprzyjemne – poziom smogu przekracza wszelkie dopuszczalne normy, a jedynym optymalnym pojazdem jest motocykl. Gdyby nie to, że uwielbiam dwukołowce już dawno bym się poddała i poprzestała na taksówkach. Od ponad dwóch tygodni jeżdżę sama – i to jak jeżdżę… Zamieniłam się w prawdziwego Hanojczyka. Nie straszne mi samochody, ciężarówki, szaleni kierowcy na większych i szybszych motorach. Nie podskakuję już na dźwięk klaksonu – w Azji w ten sposób oznajmia się osobom przed Tobą, że jesteś tuż za nimi i prawdopodobnie za chwilę będziesz wyprzedzać. Z zewnątrz ruch drogowy w stolicy Wietnamu wygląda przerażająco – nikt nie przestrzega przepisów, wszyscy próbują jakoś przetrwać. Tymczasem będąc w środku wystarczy odrobina zdrowego rozsądku i jako taka wprawa w zmienianiu biegów. Jakoś idzie.

Dojazdy do i z pracy zajmują mi ponad godzinę dziennie w zależności od korków. Nie znoszę tego, nie znoszę tak żyć. Kiedyś zamieszkam w miejscu spokojnym, niewielkim i zielonym. Ale póki co – coś za coś. Hanoi to nie jest miejsce dla miłośników spokoju i przyrody. Za to zdecydowanie miasto dla głodnych nowych wrażeń.

Wynajęłam niewielką kawalerkę w pobliżu starego miasta – maleńką, ale śliczną. Zaskakujące są jednak ceny w stolicy jednego z największych producentów ryżu – za tego typu luksus płacę tyle, ile kosztuje wynajem mieszkania w średniej wielkości mieście w Polsce. Wietnam to już nie trzeci świat, kraj się rozwija, a ceny idą w górę. Zakupy spożywcze również rzadko są tańsze niż w domu. Jasne, w porównaniu do Wielkiej Brytanii czy Stanów, życie w Wietnamie nadal jest stosunkowo tanie, aczkolwiek patrząc z polskiej perspektywy nie da się tutaj zbyt wiele zaoszczędzić. Z pewnością nie w Hanoi, na prowincji bowiem sprawy wyglądają inaczej. Tak czy siak jestem zadowolona ze zmiany – w poprzednim lokum średnio co drugą noc widywałam w kuchni myszy. O karaluchach olbrzymach i niewielkich, ale upartych mrówkach zżerających owoce zostawione na półkach nie wspomnę.

Mój Wietnam jest głośny – od rana do nocy. Czy to sąsiedzi remontują dom obok, czy też może ci z naprzeciwka właśnie włączyli telewizję (w Wietnamie telewizji nikt nie ogląda cicho), czy to motocykl przejeżdża pod oknem i trąbi, czy też wychodzisz na ulicę i trąbiących robi się setka – w Hanoi cisza nie istnieje, w mieszkaniu ani poza nim. Nikt się tu nikim nie przejmuję, wszyscy są przyzwyczajeni, tak było od zawsze. Ciekawe ilu mieszkańców cierpi na chroniczne zmęczenie?

Ktoś, czyjego imienia nie wymienię, opowiadał mi jak dwadzieścia lat temu zwiedzał Wietnam na rowerze. Wszyscy poruszali się wtedy rowerami… Ten kraj już nie istnieje, niestety. Zmiany potoczyły się szybko, zbyt szybko.

Nie rozumiem fascynacji Wietnamczyków amerykańską kulturą. Halloween – na ulicach zaroiło się od tandetnych kostiumów i tanich dekoracji. Poprzebierane dzieciaki biegają między domami. A to tylko jeden z przykładów – jest ich wiele. Ciekawe, że amerykanizacja dużo silniej uderzyła w kraje azjatyckie niż np. w Polskę.

Na nogach mam ogromne siniaki. W Hanoi motocykl parkuje się zazwyczaj na niewielkim podjeździe przed domem oddzielonym od ulicy metalową bramą zamykaną na kłódkę. Przestrzeń tak niewielka, że przejazd przez bramę i odpowiednie odwrócenie i odstawienie motorka wymaga nie lada wysiłku. Parę razy się w tej bramie nie zmieściłam – poobijałam łydki. Przez jakiś czas do pracy będę nosić wyłącznie długie spodnie.

Wietnam rządzi się własnymi prawami – wszystko działa tutaj jak chce i wyłącznie kiedy chce. Codzienność wymaga od człowieka wiele cierpliwości. Żeby przetrwać musisz zmienić swój europejski sposób myślenia i płynąć z prądem. Tak właśnie robię. CDN.