facebook:
christmas

2018-12-22 4 min to read

Idą… Christmas

Category : Życie w Szkocji

Pierwszy raz po dłuższej przerwie wracam do blogowania. Mogłabym dzisiaj pisać o wielu rzeczach… O tym, jak skomplikowane były przenosiny z  dalekiej wyspy Skye z powrotem do stolicy Szkocji, o tym, jak trudno wynająć tanie, ale stosunkowo ładne mieszkanie w Edynburgu, a także o tym, jak bardzo jesteśmy obydwoje z Virgilem ostatnio zmęczeni – on pracą (przedświąteczny czas to koszmar dla szefa kuchni),a ja pracą, nauką i pogodą. Pierwsza od trzech lat zima w Europie daje mi się we znaki, wolałabym być teraz w Indiach, Tajlandii, Wietnamie, ale nie. Przyszła pora na zmiany, czas zapracować na przyszłość, zanim znowu wyruszę w drogę. I tak – uczę się, kształcę się ponownie, zobaczymy, co z tego będzie. Być może pozwoli mi to realizować dalsze marzenia. Edynburg to jeszcze nie jest nasz ostatni przystanek, obydwoje o tym wiemy – i V. i ja.

Mogłabym również napisać o paru ciekawych faktach, których dowiedziałam się ostatnio – tak, po czterech latach szkockie (tudzież brytyjskie) zwyczaje nadal potrafią mnie mocno zdziwić. Taka ot błahostka – Pepsi Float czyli gałka lodów waniliowych wrzucona do dużej szklanki z Pepsi, podana ze słomką, to jedna z największych, obok głęboko smażonego batonika Mars, obrzydliwości wymyślonych przez Brytoli. A propos – słowo Brytol zupełnie nie jest obraźliwe, tak twierdzą native speakerzy, więc trzymam się tego i ja.

Mogłabym pisać,mówić,krzyczeć, ale nie będę, bo w końcu idą Święta.

Pierwszy raz od kilku lat mam je okazję spędzać w nieco bardziej tradycyjny sposób, co prawda nie w Polsce i nie w domu, ale jednak w kraju, gdzie Boże Narodzenie obchodzi się w sposób zbliżony do naszego. Problem jest taki, że ja i Virgil pochodzimy z dwóch różnych kultur, na szczęście nasze tradycje są w miarę do siebie podobne. Tak więc organizuje maleńkie, bo dwuosobowe, polsko-litewsko-brytyjskie Święta.

Dlaczego brytyjskie? Jednak sporo czasu w  tej Szkocji spędziłam, zdążyłam się nieco zasymilować i tak – powiem wprost, nie wszystko, co brytyjskie jest złe. Owszem, batoniki Mars smażą na tłuszczu, cukier dodają do cukru, frytki wrzucają do bułki, sałatki zdrowo zakrapiają majonezem, cokolwiek się da zapiekają w cieście, ale jednak potrafią też dobrze gotować. Druga sprawa – my obchodzimy Wigilię, oni mają tzw. Christmas dinner 25-tego grudnia, dlaczego więc świętować raz, skoro można świętować podwójnie? Tak więc w pierwszy dzień Świąt, późnym popołudniem, jak na Wielką Brytanię przystało, zjemy pieczoną kaczkę (ech, no może tylko pierś z kaczki) lub baraninę, zapiekane ziemniaczki, pasternak (parsnip) pieczony w miodzie i oczywiście brukselki. Do tego lampka czerwonego wina i polskie pierniczki na zagryzkę (Bo mince pie nie lubimy, o nie, nie, nie).

A co z Wigilią? Pozwoliłam sobie na nutkę sentymentalnej polskości – będzie barszczyk z uszkami i pasztecikami, rybka i kapusta z grzybami. Pojawią się jednak i litewskie akcenty, te najprostsze, bo to mimo wszystko nie moja tradycja, nie moja kultura, a V. pracuje i nie będzie miał czasu gotować. Tak naprawdę trudno było z niego cokolwiek wyciągnąć, mój mężczyzna nie należy do tradycjonalistów. Dowiedziałam się tylko, że oni tam, na „dalekiej” północy w Wigilię jedzą śledzie i pierogi. Jedne i drugie kupiłam w polskim sklepie. Poczytałam i wiem, że tych potraw jest nieco więcej, własnych zdolności kulinarnych jednak nie przeskoczę i zostanie tak jak jest, ze skromnym menu. Opłatek – tyle mamy wspólnego, dzielą się nim oni tam na Litwie, dzielimy się i my w Polsce. Do tego sianko i świąteczne serwetki.

Wracając do  nutki brytyjskiej – w tym roku przełamałam swój pierwszy Christmas cracker. Dla niewtajemniczonych – to taki wielki papierowy cukierek, który dwie osoby przełamują ciągnąc za osobne końce, dziadostwo pęka z hukiem i wysypują się z niego mini prezenty. Ot głupotka, ale jednak sprawia radość. Na choince z kolei nie mamy baniek, powiesiłam za to pierniki i cukierki w kształcie kolorowych lasek – czy może być bardzej angielsko/szkocko? Ha! No chyba, że założę świąteczną koszulkę z Rudolfem ! Szkoci mają, mam i ja.

Świecidełka są wszędzie – muszę przyznać, że obchodzi się tutaj Święta z pompą. Kraje anglojęzyczne mają to do siebie – ich mieszkańcy uwielbiają kicz. Do targów świątecznych ja i V. podejście mamy różne – ja uważam, że są bynajmniej słodkie, V. ucieka od nich najdalej jak może. Jedno jest pewne – tłumy na Princess Street przerażają i jakaś drobna cząstka mnie czeka, aż będzie wreszcie „po” i wszystko wróci do normy. Wcześniej trzeba jeszcze tylko przetrwać „Hogomanay” czyli po naszemu Sylwester. Edynburg szaleje – będzie procesja z pochodniami, szkockie tańce, koncerty i uliczna zabawa.To wszystko rozbite nie na jeden, ale na trzy czy cztery wieczory. Strach się bać 😉
Zastanawiam się ostatnio – czym jest dla mnie Boże Narodzenie? Myślę, myślę i nie wiem…  Tak różnie, tak dziwnie bywało co roku od lat. Zeszłej zimy świętowałam w Indiach, dwa lata temu w Wietnamie. Do tego cała ta świecąca otoczka. Jestem dorosła, przyszedł czas na to, żeby stworzyć własną świąteczną formułę. Pytanie jeszcze jak?