facebook:
14

2018-09-02 4 min to read

Dlaczego medytacja na himalajskiej pustyni okazała się nie dla mnie?

Category : Indie

Vipassana to buddyjska technika medytacji prostymi słowami polegająca na skierowaniu i utrzymaniu uwagi na doznaniach w ciele. Inaczej mówiąc świadomość medytującego początkowo wędruje do oddechu, skupia się na wewnętrznej stronie nozdrzy, później stopniowo zmniejszając  i przemieszczając obszar zainteresowania. Reguły są surowe. Nowicjusze dobrowolnie pozostają  zamknięci na niewielkim obszarze przez minimalny okres dziesięciu dni. Nie wolno im ze sobą rozmawiać, obowiązuje bezwzględna cisza. Przynajmniej osiem godzin dziennie spędzają w sali medytacyjnej. Ostatni lekki posiłek (zazwyczaj owoce i herbata) podawany jest około godziny 17.  Jedzą ze spuszczonym wzrokiem, nie wolno im patrzeć sobie w oczy, żeby nie przerywać wrażenia odosobnienia. Zasypiają o 21, żeby obudzić się o 4 nad ranem i rozpocząć kolejny dzień.

Kilka tygodni temu, podczas mojego pobytu w Himalajach, postanowiłam spróbować. Jestem osobą wrażliwą, której czasami trudno jest zmagać się z przeciwnościami losu. Mocno wierzę, że medytacja uczy człowieka panowania nad umysłem, a co za tym idzie kontrolowania emocji i własnych reakcji. Obecnie zmieniło się tylko to, że  myślę, iż każdy z nas powinien wybrać metodę medytacji odpowiednią dla siebie. Vipassana to sposób ekstremalny i moim zdaniem wymaga siły charakteru, a najlepiej także pewnego wcześniejszego doświadczenia.

Na kurs, jak każdy, udałam się z pewnymi oczekiwaniami. Nie przeszkadzało mi to, że zapisy trwały w nieskończoność, a centrum znajdowało się z daleka od cywilizacji i otoczone było wyłącznie skałami. Na terenie, po którym wolno było poruszać się uczestnikom kursu ( od 50 do 200 m w każdą stronę od głównego budynku) nie znajdowało się ani jedno drzewo czy jakakolwiek roślina. Tylko rozpaczliwie monotonna szarość.

Początkowo zabrano nam książki i wszelkie materiały do pisania. Mieliśmy się nie rozpraszać. Następnie kazano zdeponować portfele, telefony, aparaty i najmniejsze kosztowności. Zgodziliśmy się. Potem zapadła cisza.

Program Vipassany wyglądał w ten sposób:
4.00  pobudka
4.30 – 6.30  medytacja w sali
6.30 – 8.00 śniadanie
8.00 – 9.00 medytacja grupowa
9.00 – 11.00 medytacja w sali
11.00 – 12. 00 lunch
12.00 – 13.00 pytania do nauczyciela
13.00 – 14.30 medytacja w sali
14.30 – 15.30 medytacja grupowa
15.30 – 17. 00 medytacja w sali
17.00 przerwa na herbatę
18.00 – 19.00 medytacja grupowa
19.00 – 20.00 nauki nauczyciela
20.00 – 21.00 medytacja grupowa
21.00 – 21.30 pytania
21.30 gaszenie świateł, sen

Rygorystyczny, jednak do zniesienia. Podczas przerw nie mieliśmy co ze sobą zrobić, pozostawał sen, kolejna medytacja lub gapienie się w ściany. Czasami robiliśmy okrążenia dookoła budynku, żeby rozprostować kości i bolące od siedzenia w jednej pozycji kręgosłupy. Zasady były surowe – medytowaliśmy na podłodze na specjalnych poduszkach, nikomu nie wolno było posłużyć się krzesłem. Mimo wszystko z tym jakoś potrafiłam się zmierzyć, wyzwaniem okazała się sama forma medytacji.

Nauczycielką i głównym autorytetem była wiekowa staruszka w białym saari, jednak to nie ona udzielała nam wskazówek na temat całego procesu. Wszelkie informacje puszczane były z taśmy, to nieobecny guru miał nas prowadzić przez Vipassanę. Szkoda tylko, że taśmy nieco trzeszczały, a nosowy głos, podczas śpiewania mantr wibrował nieznośnie. Mój główny problem polegał na tym, że spodziewałam się stopniowego wprowadzania, ćwiczeń praktycznych, powoli wydłużających się okresów skupienia. Tymczasem Vipassana rzuca człowieka prosto na głęboką wodę. Głos z taśmy kazał nam się skupić na oddechu odczuwanym po wewnętrznej stronie nozdrzy i zamilkł. Do końca dnia nie dowiedziałam się niczego więcej. Zarówno medytacje osobiste, jak i grupowe odbywały się w ciszy. Po drugiej dwugodzinnej sesji moja frustracja zaczęła narastać. Pod koniec dnia skupienie odpłynęło. Zaczęłam mieć wątpliwości.

– Podczas Vipassany początkowo twój umysł walczy przeciwko tobie, będzie wymyślał najbardziej skomplikowane sztuczki, żeby cię zniechęcić i zwieść twoje myślenie na niewłaściwą drogę. – powiedziała mi sędziwa kobieta w białym saari podczas prywatnej rozmowy. Nie do końca jednak potrafiła mnie przekonać. Do głowy nasuwaly mi się rozmaite sprawy, najczęściej myślałam o tym, co innego mogłabym w tamtej chwili robić, gdybym nie siedziała na niebieskiej poduszce w wielkiej sali. Skupienie na oddechu okazało się niemożliwe. Potrzebowałam więcej wskazówek, potrzebowałam głosu nauczyciela, który co jakiś czas przywoływał by mnie do porządku, udzielał dalszych informacji, pomagał.  Medytowałam już wcześniej, jednak nigdy w ten sposób, pozostawiona sama sobie.
– Cholera jasna, to nie zadziała. – myślałam. Godziny ciągnęły się w nieskończoność. W końcu postanowiłam zrezygnować.

– Zachodnia medycyna pozwala nam zsunąć lęki i wątpliwości w głąb siebie, zakopać je w sobie. Vipassana robi coś zupełnie innego – ona wydobywa z nas nasze największe niepokoje przez co pozwala nam się z nimi zmierzyć. – mówiła mi nauczycielka. – Być może tak, ale mam wrażenie, że ja muszę zaczynać małymi krokami. – odpowiedziałam.

Podobno dziesięć dni ciągłej medytacji w oddaleniu od spraw życia codziennego jest konieczne po to, żeby zacząć uczyć się kontrolować swój umysł. Znam ludzi, którzy kurs Vipassany zakończyli pomyślnie i którym przyniosła ona oczekiwane lub nieoczekiwane korzyści. Są też tacy, u których nie zauważyłam większych zmian, poza specyficzną dumą, że wytrwali. Medytować dla samej dumy? Nie wydaje mi się, dlatego zrezygnowałam. Czułam, że dla mnie Vipassana nie zadziała. Nie krytykuję samej metody, proponuję tylko poważnie się zastanowić zanim się ją wybierze. Są przecież również inne, mniej ekstremalne, mniej samotne. Do medytacji wrócę w domu. Zacznę być może nie od ośmiu godzin, ale od ośmiu mitut dziennie…