facebook:
24

2018-08-09 5 min to read

Mały Tybet skuterem

Category : Indie

Ladakh – kraina w hinduskich Himalajach, nazywana powszechnie „Małym Tybetem”. Ląduję w stolicy – Leh, wznoszącej się na wys. 3 500 m.n.p.m. Już pierwszego dnia zapadam na chorobę wysokościową, której symptomy przypominają uciążliwe zatrucie pokarmowe. Tabletki Diamoxu nie pomagają, zaczynam żałować, że tu przyjechałam. Trzeciego dnia symptomy całkowicie mijają, tak samo szybko i niespodziewanie, jak się pojawiły. Zaczynam spacerować po mieście. Minie jeszcze kilka dni, zanim wybiorę się gdzieś dalej.

Ladakh postanawiam zwiedzać na własną rękę, nie zatrudniając przewodników ani przewoźników. Odstraszają ceny proponowane przez agencje turystyczne, a także trudne warunki trekkingu. Od początku lipca prawie codziennie świeci mocne słońce, przed którym nie są w stanie ochronić ani czapka, ani długie rękawy. Powietrze jest suche, pełne kurzu, piasek gromadzi się w nozdrzach, które krwawią. Skóra w okolicach ust i nosa czerwienieje i pęka. Co jakiś czas spoglądam na ogłoszenia – Markha Valley, Stok Kangri – nie czuję się jeszcze na siłach na kilkudniowy trekking po himalajskiej pustyni. Wolę tereny nieco niższe, zielone, gdzie co jakiś czas można się schronić w cieniu drzewa. Nie jestem także fanem popularnych tu tzw. jeep safari czyli czterodniowej jazdy jeepem w kierunku Nubra Valley i Panong Lake, dwóch najchętniej odwiedzanych przez turystów miejsc. Nie mogę wyruszyć tam skuterem, ze względu na przełęcz Khardong La (5602m.n.p.m.), z którą maszyna o niewielkiej mocy mogłaby sobie nie poradzić. Boję się, że na większych motocyklu miałabym problem z utrzymaniem równowagi. Royal Enfield’y pozostawiam więc innym. Na początek postanawiam poruszać się moim malutkim jednośladem w promieniu 100-150km od Leh. Odwiedzam buddyjskie klasztory i wioski.

Autostrada Leh – Manali, podobnie, jak z resztą i ta pomiędzy Leh i Srinagar, przypomina czasami dziwną strefę wojenną. Bazy wojskowe znajdują się tutaj co kilkanaście lub kilkadziesiąt kilometrów. Co chwilę mijam żołnierzy w mundurach, ciemnozielone ciężarówki i jeepy, ogrodzenia zakończone drutem kolczastym, masywne bramy, a za nimi baraki. W pobliżu znajduje się chińska granica, być może stąd ten nadmiar ostrożności. Żołnierze trenują w pustynnych górskich warunkach.


Bazy wojskowe wprowadzają w dziwny nastrój, nie wybijają jednak z rytmu jazdy. Najgorsze są ciężarówki – masywne kolosy, z których bardzo często wydobywa się gęsty, czarny dym ( a gdzie kontrola spalin?). Mijając je nie mogę oddychać. Przyzwyczajam się do noszenia maski na twarzy. Poza nimi na drodze są jeszcze Royal Enfield’y – najpopularniejszy rodzaj motocykla w Ladakh, zdecydowanie najbardziej widowiskowy, chętnie wypożyczany przez turystów. Jeepy szaleją, ścinają zakręty, wyprzedzają „na trzeciego”. Autobusy i konwoje wojskowe trąbią.

W pobliżu Leh autostrada jest nią tylko z nazwy. Przy drodze sprzedaje się warzywa i inne najpotrzebniejsze produkty, samochody zatrzymują się na chybił trafił tarasując przejazd, blokując jeden z dwóch pasów, piesi krążą po drodze w dowolnych kierunkach, biegają psy. Ilość pojazdów w promieniu do 10km od miasta przytłacza. Tworzą się korki. Skuterem sprytnie lawiruję pomiędzy innymi uczestnikami ruchu. Budynki wyrastają to tu to tam, chaotyczne, brzydkie, jakby niedokończone. Wystające deski, trochę tynku, kilka cegieł, metalowe pręty. Wszystko, co ludzkie jest w ciągłej budowie. Powoli posuwam się do przodu.


Najpiękniejsze są boczne drogi prowadzące do klasztorów lub wijące się pomiędzy wioskami. Nigdy nie zapomnę trasy pomiędzy Likir i Hemis Shukpatchan – pustynnych kanionów oglądanych z wysokości, ostrych zakrętów i zaskakującej zieleni wokół domów w tych dwóch miejscach.
– Uprawiamy jęczmień, gorczycę, marchew, rzodkiew, kapustę. – tłumaczył mi Tanzin, właściciel domu gościnnego, w którym się zatrzymałam.
– Kiedyś wszyscy tu żyli z rolnictwa. – kontynuował, obecnie 90% mieszkańców Likir pracuje dla armii. Wszyscy chcą iść do wojska, bo to daje dobre pieniądze. Kiedy poznałem moją żonę, to ona też mi powiedziała: „Weźmiemy ślub, jeśli założysz mundur”. A ja jej na to: „Nie ma mowy”. Trochę mi zajęło, żeby ją przekonać, ale w końcu się pobraliśmy. Człowiek nie lubi być sam, mężczyzna potrzebuje kobiety.

Hinduska armia na zawsze odmieniła życie mieszkańców Ladakh. Wojsko wybudowało drogi biegnące przez górskie przełęcze, łączące region z całą resztą kraju. To one sprawiły, że pojawiły się ciężarówki przywożące importowane towary, zmieniła się skala potrzeb miejscowej ludności. Status majątkowy zaczęły wyznaczać nowoczesne dobra konsumpcyjne. Łatwiejsze stało się kupowanie żywności niż uprawianie własnego pola, zmienił się styl życia, a wojskowe konwoje znacznie przyczyniły się do zanieczyszczenia powietrza.


– W przeszłości Ladakh był inny. – mówił mi Stanzin. – Kiedy do kogoś przyjeżdżali goście, do domu schodzili się ludzie z całej wioski. Wszyscy razem jedli i pili, czasami trwało to nawet kilka dni. Ludzie mieli czas, żyli razem. Teraz nic już nikogo nie obchodzi, wszyscy są samolubni, nikt się już nikim nie interesuje. – kończył swój smutny wywód. Cały świat się zmienia, spieszy do przodu, miasta, wioski i ich mieszkańcy upodabniają się do siebie. Coraz mniej wokół nas miejsc nietkniętych, nienaruszonych, całkowicie osobnych w swojej kulturze. Mimo słów Stanzina wciąż jednak mam wrażenie, że mieszkańcy Ladakh żyją znacznie bliżej swoich tradycji i korzeni niż Europejczycy. Oni nadal spędzają czas z rodziną, kobiety wspólnie zasiadają na podwórzach i gotują, mężczyźni przysiadają się do posiłku, jest moment na rozmowy. W Ladakh, chociaż mocno zagrożone, nadal żyje to, za czym my u nas tęsknimy – wspólnota.

Zaczyna się już ściemniać, kiedy wracam do Leh. Tym razem wybieram jedną z mniejszych dróg. Przez kilka kilometrów jezdnia jest w dobrym stanie, potem zaczynają się wyboje. Na autostradę wjeżdżam tuż przed miastem. W pewnym momencie na rondzie skręcam w złym kierunku. Zatrzymuję się, dwa pasy w jedną stronę, dwa pasy w drugą, murek pośrodku. Nie ma gdzie zakręcić. Namyślam się przez chwilę, po czym zeskakuje ze skuterka i zaczynam go prowadzić pod prąd. Skoro Hindusi mogą wyprawiać co im się podoba na drodze, to ja też. Samochody omijają mnie, bezpiecznie wracam do ronda, wsiadam na skuter i skręcam we właściwym kierunku. Następnego dnia wybiorę się w przeciwną stronę.


C.D.N.