facebook:
DSC_0575

2018-06-28 5 min to read

Indie – Sab Kush Milega

Category : Indie

Po raz kolejny znalazłam się w Indiach – kraju, w którym sprawy na codzień toczą się własnym rytmem, gdzie nikomu do nikąd się nie spieszy, gdzie czas staje w zawieszeniu, a noc o tej porze roku wcale nie przynosi wytchnienia od upału. W czerwcu powietrze jest ciepłe i suche. Fala gorąca uderza człowieka po twarzy, kiedy tylko wyjdzie z klimatyzowanego pokoju lub wynurzy się na powierzchnię z podziemi metra. Wszechobecny pot. Mokre koszule ocierają się o siebie. Wszędobylski tłum brązowych ciał rozpycha się łokciami. Wszyscy próbują uczknąć dla siebie odrobinę przestrzeni wolnej od obcego dotyku. Czekamy na monsum. Już nadchodzi.

Czasami bywa ciężko. Kultura na drogach w tym kraju jest rzadkością, trąbienie codziennością. Dźwięk klaksonów prześladuje mnie nawet w nocy. Słabo sypiam. Trąbienie ma właściwości wielofunkcyjne – ostrzega przechodniów o zbliżającym się pojeździe, zastępuje migacze. Hindusom brak barier, brak prywatności w przeludnionych Indiach stanowi normę, wszyscy zachowują się głośno, nikt nie zwaraca uwagi na to, że na sąsiednim łóżku lub za ścianą, o szóstej rano, ty próbujesz jeszcze trochę pospać. To samo w nocnych autobusach. Telefonów używają wszyscy, słuchawkami nie posługuje się nikt. Często zdarzają się przerwy w dostawie elektryczności – gaśnie klimatyzacja, milkną wiatraki, leje się pot, żerują muchy.


Zastanawia mnie, czy istnieje jakikolwiek prawidłowy, szybki sposób poruszania się po New Delhi? Autobusy są przeludnione, taksówki drogie, jedne i drugie tkwią w korkach w godzinach szczytu. Tuk tukiem taniej, ale nie prędzej. Także stoi. Piechotą daleko i gorąco, a smogiem ciężko się oddycha. Metro?
Zatrzymałam się w pobliżu lotniska, wszystko dlatego, że mój samolot wylądował w środku nocy. Mimo tego taksówka nie była wiele tańsza, a i tak wybrałam najtańszą opcję. Do wyboru były trzy – firmy rządowa (tania) i prywatna (droga), a także podkradający klientów freelancerzy (nakdroźsi). Rezerwując zadbałam o to, żeby w pobliżu znajdował się przystanek metra. Co z tego, jeżeli żeby się do niego dostać musiałam najpierw przebiec w poprzek drogę wielopasmową, a potem przez ponad 100 metrów poruszać się wzdłuż czegoś, co wyglądało jak autostrada. Poboczy i przejść dla pieszych brak. Raz kozie śmierć – przebiegłam podążając za lokalnymi, w końcu oni robią to na co dzień.

New Delhi to ciągłe stanie w kolejkach. Nawet na niewielkiej stacji metra stałam piętnaście minut, żeby kupić bilet. Niestety powiedziano mi, że przesiadając się, będę musiała wykupić następny. Najgorsze są punkty, w których łaczy się ze sobą kilka linii, tłum na takich stacjach panuje niemiłosierny. W punkcie „New Delhi” przesiadka zajęła mi mniej więcej godzinę.


Kultura Indii bywa specyficzna. Podróżując samotnie ciągle narażona jestem na zaczepki ze strony mężczyzn. Są to zazwyczaj niegroźne próby nawiązania rozmowy. Mimo wszystko naruszają one moją strefę komfortu introwertyka – Indie to zbyt dużo kontaktu z obcymi. Kobiety podróżujące wspólnie z mężczyzną często w konwersacji bywają przez Hindusów pomijane. Nie pyta się ich o zdanie, one już do kogoś należą, ktoś za nie (hipotetycznie) decyduje. Ubieram się raczej skromnie (zazwyczaj), w wielu miejscach wystawienie kawałka ciała grozi nie tyle publicznym ostracyzmem, co natrętnymi spojrzeniami. U Hindusek saari zakrywa wszystko poza plecami.
Hindusi to naród gościnny i dumny. W kraju, w którym tak wielu ma tak niewiele, jeżeli już ktoś coś posiada, to pragnie się tym pochwalić. Właściciel hotelu, w którym przespałam noc, udostępnia mi za darmo pokój, kiedy czekam na przyjazd taksówki. „Jesteś moim gościem” – mówi. Kupując wodę wysłuchuję opowieści o tym, jak sprzedawca co rano przez trzy godzinny rozkłada i dokładnie czyści swój stragan. „Sprzedaję nie tylko wodę. Mam jeszcze soki i napoje” – snuje swoją historię. Niektórym stan posiadania uderza jednak do głowy. Chłopak rozlewający czaj otoczony przez grupkę miejscowych i turystów, każe swoim klientom długo czekać. Starannie wybiera tych, których obsłuży jako pierwszych, będą to oczywiście mężczyźni. Wszystkie czynności wykonuje powoli, znęcając się nad nami, cieszy się naszą od siebie zależnością. Zasada „Klient nasz pan” jego nie obowiązuje.

Indie uczą cierpliwości, zniekształcają postrzeganie. Jestem tu od kilku dni więc ciągle jeszcze czuję delikatne zmęczenie, nerwowość, poirytowanie. Miną z czasem. Zbyt wielu ludzi dookoła. To nie jest kraj dla introwertyków.
Z Hindusami nie można pertraktować. Wysłuchają cię, pokiwają głową, potwierdzą, powiedzą coś, a potem i tak zrobią wszystko po swojemu. Upór? Różnica mentalności? Każdemu wydaje się, że coś wie, nawet jeśli nie wie niczego. Niektóre sytuacje bywają trudne. Taksówkarz wiezie mnie w niewłaściwe miejsce, mimo tego, iż od początku drogi powtarzam mu, że zmieniłam zdanie i tak naprawdę chciałbym dojechać gdzieś indziej. Na ogromnej stacji przez ponad pół godziny szukam właściwego autobusu, po pewnym czasie zaczynam pytać przechodniów – tych, którzy wyglądają, jak gdyby mówili po angielsku. Na moje pytania każdy znajduje inną odpowiedź, wszyscy są pewni swojego zdania, po pewnym czasie okazuje się, ze autobus zdążył już odjechać.

Zazwyczaj czuję się w tym kraju bezpiecznie, zdarzają się jednak sytuacje dziwne. Autobus z New Delhi do Rishikeshu w drodze zostaje obrzucony kamieniami przez kogoś z sąsiedniego pojazdu. Przez chwilę umieram ze strachu. Kierowca robi zygzaki przy pełnej prędkości, unika „ciosów”. Pasażerowie podnoszą rumor. Nic nie rozumiem. Dlaczego tak się stało? Tego nikt nie jest mi w stanie wyjaśnić.
Dziś wreszcie nadszedł monsum. Deszcz oczyścił zakurzone powietrze. Niedługo wody Gangesu wzbiorą, ale wtedy będę już w górach. Wysoko – w Himalajach.

Sab Kush Milega (Everything is possible)