facebook:
widoki skye

2018-04-17 4 min to read

Brytyjskie wesela i praca live-in

Category : Isle of Skye, Życie w Szkocji

Mieliśmy tutaj ostatnio wesele. Przez tutaj rozumiem Hotel X, w którym obecnie pracuję. Wesele angielsko-szkockie – działo się, że się działo. Para młoda wynajęła wszystkie pokoje aż na cztery dni. Już dnia pierwszego goście w liczbie 65 (30 zatrzymało się u nas) zaczęli pić i śpiewać. Dzieciaki (było ich chyba z ośmioro, urocze bobasy) biegały po korytarzach, właziły do kuchni, plątały się po restauracji i od czasu do czasu wrzeszczały w niebogłosy. Aż głowa bolała. Rodziny pana i panny młodej cieszyły się na swój widok. Rodziny pana i panny młodej kłóciły się (wiadomo Szkoci i Anglicy). Rodziny Pana i Panny Młodej robiły bałagan, ale przynajmniej dobrze się bawiły. Świadczą o tym poobijane gaśnicą drzwi od jednego z pokoi i kto wie, jakie jeszcze inne szkody. (?)

Samo wesele wcale nie takie różne od polskiego – ceremonia w starym budynku kościoła (ale jednak świecka), potem przyjęcie w jednym z tutejszych lokali, jedzenie i głośne pijaństwo. Były też, co w szkockich ślubach lubię najbardziej, piękne stroje – mężczyźni w kiltach podpiętych srebrnymi szpilkami, kobiety w ślicznych sukienkach, a na głowach oczywiście obowiązkowo rozmaite kapelusze. Szkockie osty dominowały w przypinkach do włosów, bukietach kwiatów i weselnych dekoracjach.

– W brytyjskich ślubach chodzi głównie o ozdoby. – powiedział mi Virgil. Co racja to racja. W Wielkiej Brytanii wszystko musi wyglądać ładnie.

Po weselu, zmęczona, potrzebowałam czasu na regenerację. Jest wtorek, a ja dopiero dochodzę do siebie. W naszym staff house niekoniecznie śpi się najlepiej, zależy, jak się komu leży. Ściany są jak z papieru, wewnątrz pokoju słychać wszystko, co dzieje się na korytarzu, w łazience czy w kuchni. Mało tego, słychać także pracowników biura za ścianą i kolejnego pod nami. W ciągu dnia najczęściej włączam radio. Bo co, jeśli usłyszę coś, czego nie powinnam? 🙂
Chłopaki (naszych sąsiadów jest dwóch) często wieczorem przesiadują w barze i wracają zazwyczaj koło północy. My czasami już śpimy. Trzask, trzask, trzask – tak, to dźwięk drzwi, ale to jeszcze nic. Gorzej, jeżeli któremuś po powrocie zachce się nagle jeść. Najpierw słyszymy: człap, człap, człap, potem człowieczek wpada na szafkę lub ścianę, następnie coś się smaży, trzask, trzask szafka, znów się smaży. Dochodzą do nas zapachy, wstajemy, otwieramy okno. Człap,człap, człap, jeszcze toaleta, z niej również różne dźwięki i już mamy spokój przez następne pół godziny, dopóki sąsiad nie przypomni sobie, że trzeba jeszcze pozmywać.

Nasz pokój jest duży i całkiem przyjemny, okno wychodzi na zatokę, w oddali widać góry. Przydałoby mu się nieco odświeżenia, ale nie można narzekać. Za to w kuchni, maleńkiej (zbyt małej, jak na cztery osoby) prawie nigdy nie jest czysto. Takie uroki mieszkania z facetami. W ścianie z lewej strony Scott pięścią wybił cztery dziury – dwie wyżej, dwie niżej. Co go tak rozzłościło? Nie wiem, nie było mnie tu jeszcze wtedy. Łazienka – również w wersji mini, posprzątana przez nas kiedy się wprowadziliśmy, po dwóch tygodniach błaga o zmiłowanie. Ja się nie tykam – męskiej łazienki sprzątać nie zamierzam. Z pozycjami typu live-in tak jest, nigdy nie wiadomo gdzie cię wrzucą i w jakich warunkach przyjdzie ci zamieszkać. Zakwaterowanie wszyscy traktują jako opcję tymczasową, nikt więc o nie specjalnie nie dba.

Live-in jobs czyli po prostu praca z darmowym (lub tanim zakwaterowaniem) to standard w Wielkiej Brytanii. Czasami jedyna możliwa opcja znalezienia pracowników – w Szkocji hotele porozrzucane są po najdalszych możliwych zakątkach Highlands i wysp, ludzi można ściągnąć tam tylko wtedy, jeżeli zapewni się im pokój. Dla nas, tej drugiej strony, jest to najczęściej świetny sposób na to, żeby szybko odłożyć większą sumę pieniędzy. Chociaż znam także takich, którzy nawet w tych warunkach całą pensję i tak wydają w pubie. Są plusy i minusy – lokalizacja zazwyczaj piękna, praca dobrze płatna, ale… No właśnie – ALE.

Środowisko wokół nas jest dosyć hermetyczne – pracujemy, mieszkamy, żyjemy ciągle w tym samym towarzystwie. To trochę tak, jakby pracę mieć zawsze ze sobą, 24 godziny na dobę – bo o czym tu często rozmawiać w takich warunkach, jeśli nie o pracy. Ze wszystkimi staramy się żyć w zgodzie, świadomi tego, że potencjalny konflikt będzie z nami i „w robocie” i w życiu prywatnym. Czasami nie jest łatwo. Ludzie plotkują. Staff house to nie jest prawdziwy dom. To taki dom „na chwilę”. Taka przerwa w podróży, żeby popracować i zdobyć pieniądze na więcej. Myślę, że już po raz ostatni. W przyszłości poszukam innych sposobów. W myślach powoli nad nimi pracuję.

Na zdjęciu widoki na Isle-of-Skye. Piesze wędrówki po całej wyspie i masa czasu, żeby ją dobrze poznać to zdecydowane plusy live-in.