facebook:
borneo

2018-03-03 4 min to read

Dziennik z dżungli cz.II

Category : Borneo i równikowa dżungla

Dalszy ciąg zapisków z przepięknych dwóch tygodni spędzonych w tropikalnej puszczy. Klimat równikowy. Wilgotność powietrza zabija.

19.01
Wolontariat w sercu dżungli pozwala nam nie tylko na co dzień obcować z dziką przyrodą, ale także dowiedzieć się sporo o życiu i pracy mieszkańców okolicznych wiosek zaangażowanych w projekt KOPEL. Zajmujemy się głównie restauracją lasów, które spłonęły w pożarach wywołanych pojawiającą się co kilka lat na terenie Borneo suszą spowodowaną globalnym ociepleniem.

– Obecnie prawie 60% lasów Malezji to tereny, które pochłonęły pożary. W środku dżungli znajdują się olbrzymie pustkowia porośnięte zielskiem. Lasy są pokawałkowane, staramy się odzyskać naturalny ekosystem. – dowiadujemy się od Martina, kierownika organizacji. O dziwo ma on zupełnie inne od nas podejście do olbrzymich plantacji palmy olejowej powoli zastępujących lasy deszczowe na wyspie.
– Nie wchodzimy w konflikt z farmerami. Czasami staramy się wynegocjować od nich kawałek terenu po to, żeby stworzyć pas ziemi łączący ze sobą dwa fragmentu lasu, tak, żeby zwierzęta mogły się bezpiecznie przemieszczać. Osobiście nie uważam, że powinno się ingerować w przemysł wytwórstwa oleju. Dzięki temu, że farmerzy się bogacą, mogą posyłać dzieci do szkół, podnosi się ogólny poziom życia i edukacji na wyspie. Obecnie, żeby chronić pozostałości lasów deszczowych najważniejsza jest edukacja społeczeństwa.

Nie wiem, czy zgadzam się z Martinem… Chronić to, co już jest chronione (pozostały las), natomiast tereny zniszczone pozostawić człowiekowi do dowolnej eksploatacji. Zachować to, czego do tej pory nie udało się spustoszyć, nie próbować odwrócić sytuacji. Może i jest to jakieś wyjście, mieszkańcy Borneo muszą przecież z czegoś żyć. Ale co z indonezyjską częścią wyspy? Tam dżungla nie jest chroniona, a wycinka drzew trwa w najlepsze…

21.01

Sadzenie młodego lasu to proces skomplikowany… Najpierw wysportowani, lokalni mężczyźni wspinają się na wysokie drzewa po to, żeby zebrać owoce, z których wydobędzie się później nasiona. Trzeba je następnie wysuszyć i przygotować do sadzenia. Zaczyna się od wykopania dobrej, żyznej gleby, którą wypełnia się plastikowe skrzynki i małe plastikowe woreczki na młodziutkie drzewka. W skrzynkach, w warstwie ziemi głębokości pół palca sieje się nasiona, które po kilku miesiącach wschodzą i wtedy zostają przesadzone – każde do osobnego woreczka. To proces niezwykle delikatny. Następnie kiełkujące roślinki przewozi się na taczkach w odpowiednie miejsce, skąd kilkakrotnie jeszcze będą przenoszone w miarę, jak będą się rozwijać. Tego wożenia na taczkach jest sporo- drzewka w różnym wieku stoją w różnych rządkach, ciągle trzeba robić miejsce na nowe. Kiedy odpowiednio urosną zostaną zawiezione w teren i wsadzone tam, gdzie kiedyś stał spalony las.

– Sadzimy tylko kilka rodzajów drzew. – słyszymy od jednego z pracowników. – Wysokie, które szybko rosną. W ciągu kilku lat mają one stworzyć warstwę koron, która da cień i zahamuje rozwój trawy na tyle, żeby inne drzewa mogły zacząć kiełkować. W słońcu trawy i liany rosną tak szybko, że całkowicie zabierają światło innym roślinom, zabijają je.

Rzeczywiście z trawą, pnączami, buszem, mamy ogromny problem. Do naszych najcięższych obowiązków, jako wolontariuszy, należy wycinanie krzaków zielska maczetami. Staramy się oczyszczać teren wokół młodych drzewek. W tym klimacie czasami bywa tak, że po kilku miesiącach trawa jest już dwa razy wyższa od nich. Powoli, mozolnie, przedzieramy się przez busz. Pod sadzenie przygotowujemy także tereny nowe, te nad rzeką, wycinając dwumetrowe trzciny grubości pięści. Bolą ramiona, ćwiczą się za to mięśnie brzucha. Musimy uważać, dziś w trawie znaleźliśmy skórę olbrzymiej kobry. Po wężu na szczęście ani śladu. W klimacie tropikalnym nigdy nie wiadomo co i gdzie może na ciebie czyhać.

22.01
Uwielbiam zasypiać w lesie przy dźwiękach cykad, nocnym nawoływaniu ptaków i szczebiocie małp. Chociaż te ostatnie budzą się dopiero nad ranem. Czasami skaczą na dach naszego domku i wtedy, wyrwani ze snu, przez pierwsze sekundy zastanawiamy się, gdzie jesteśmy. Dopiero później przychodzi zrozumienie: dżungla.
Naszą sypialnię upodobały sobie dzioborożce i lingury. Te pierwsze robią sporo hałasu. Rezydują wysoko w koronach drzew więc nie zawsze udaje mi się je dostrzec. Te drugie, chociaż cichsze, lubią łamać gałęzie i zrzucać na dach resztki niedojedzonych owoców. Las rozbrzmiewa milionami dźwięków różniącymi się od siebie w dzień i w nocy. Nigdy nie milknie.
Wieczorami przy kolacji towarzyszy nam malajski civiet, stworzenie podobne do wielkiej łasicy. Przychodzi wyjadać resztki ze śmietnika, czasami wskakuje również na stoły. Dzikie zwierzę już dawno oswoiło się z turystami robiącymi mu zdjęcia, rzadko ucieka. Porywa głównie kości i udka z kurczaka.

C.D.N.

Pierwsza część relacji TUTAJ