facebook:
borneo monkey

2018-02-22 4 min to read

Dziennik z dżungli cz.I

Category : Borneo i równikowa dżungla

Do dżungli trafiliśmy przypadkiem. Najpierw okazało się, że mimo rocznej wizy, zgodnie z nowymi normami prawnymi, po trzech miesiącach musieliśmy opuścić Indie. Tak właśnie wylądowaliśmy w Malezji, o której nie wiedzieliśmy zupełnie nic. Zamarzyło nam się Borneo, bo kontynentalna Malezja wydawała się jakaś taka nijaka, a tam na wyspie to i orangutany i góry no i wreszcie lasy deszczowe (Borneo leży w klimacie równikowym). Problem był taki, że kończyły się pieniądze, a wycieczki do Doliny Kinabatangan okazały się drogie. Nie mogliśmy sobie pozwolić na góry (wspinaczka na Mont Kinabalu to koszt rzędu 300 funtów od osoby), została więc tylko ta dżungla. Szukałam, szperałam, aż wreszcie znalazłam Kopel – instytucję zajmującą się eko-turystyką, zaangażowaną równocześnie w projekt renowacji lasów. Hasło? Wolontariat!

Zamieszkaliśmy na kampingu w środku lasu, oferującym podstawowe warunki życiowe – dach nad głową, deszczówkę w wielkim wiadrze do mycia, papier toaletowy (po Indiach to w sumie luksus) i jedzenie dowożone codziennie łodzią z pobliskiej wioski. Nie było elektryczności, w tym światła, a w nocy słychać było tylko dźwięki dżungli. Krótko po naszym przybyciu poznano nas z Norsalleh – to on nadzorował pracę wolontariuszy. Taing, tak brzmi jego drugie imię, jest głuchoniemy, ale doskonale radzi sobie w komunikacji z ludźmi, jest świetnym fotografem, kocha naturę, ma cudowne poczucie humoru i rozbrajający uśmiech. Dzień po dniu wprowadzał nas w tajniki renowacji lasu. To bardzo złożony proces, potrzebowaliśmy wiele czasu, żeby go zrozumieć.

Czym się zajmowaliśmy? Oczyszczaniem jeziora z nadmiernie inwazyjnego gatunku ziela, sadzeniem nasion, przesadzaniem młodych drzewek, aż wreszcie oczyszczaniem terenu wokół tych, już posadzonych. Praca bywała ciężka – w tropikalnym klimacie pot leje się z człowieka ciągle, nawet kiedy siedzi w miejscu, co dopiero mówiąc o wysiłku fizycznym. Pora deszczowa dobiegała końca, ale powietrze wciąż było ciężkie i lepkie. Razem z wysokimi temperaturami stanowiło trudne połączenie.

Jak zwykle prowadziłam dziennik. Zazwyczaj notuję, następnie zapiski przerabiam na teksty, tym razem jednak zostawiam wszystko w formie pamiętnika. Tak jest zwyczajnie ciekawiej:

15.01
Wychodzę daleko poza swoją strefę komfortu. Najgorsze jest swędzenie. Przyjechałam nieprzygotowana – pakując się nie spodziewałam się tego, że przyjdzie mi zamieszkać na dwa tygodnie w dżungli. Brakuje mi długich, luźnych spodni odpowiedniej grubości i cienkiej bluzy, które skutecznie chroniłyby mnie przed komarami. Moje ubrania za bardzo przylegają do ciała, owady tną przez nie. Wcale nie boją się specjalnego sprayu. Powoli przyzwyczajam się do tego uczucia, nie wierzgam już nogami, ale nie jest mi łatwo. Nie lubię też pijawek, jeśli jakaś się do mnie przyklei, odrywam ją od ciała z wielkim wstrętem. Są to jednak rzeczy niewarte uwagi.


Dżungla z opowieści pełna jest jaguarów i węży, ale w naszej żerują głównie robale.
– W Borneo żyją trujące gatunki owadów. – opowiada nam Jannet, która jest żoną obecnego dyrektora Kopel- Martina. – Kiedyś gąsienica ugryzła mnie podczas snu w policzek, opuchlizna schodziła przez trzy tygodnie. Czułam się tak, jakby ktoś walił mi w głowę młotkiem.
– Ale nie ma tutaj skorpionów, prawda? – Upewniam się.
– Oczywiście, że są. Skorpiony, węże, pająki, ale nic, co mogłoby człowieka zabić. Tylko boli. – Uspokajam się trochę słysząc, że przynajmniej z tej dżungli wrócę w całości.

Martin mówił nam wcześniej, że największym zagrożeniem dla wolontariuszy jest upał i odwodnienie.
– Do tej pory kilka osób musieliśmy już odwieźć do szpitala. Niebezpiecznie jest wtedy, kiedy ciało przestaje się pocić, przegrzewa się i nie radzi sobie z wysoką temperaturą. Przestaje się schładzać i człowiek dostaje gorączki, wtedy jak najszybciej trzeba się zająć taką osobą.
Ciało białego człowieka zdecydowanie nie jest przystosowane do tego, żeby mieszkać w dżungli. W tym klimacie przepocone ubrania pozostają wilgotne przez długi czas, zdarza się, ze nie wysychają w ogóle. Zapach zniechęca. Prowizoryczny prysznic nie pomaga.

17.01.
W naszej chatce zamieszkał wielki pająk w rodzaju tych, na których widok normalnie w domu krzyczę. Tym razem jednak musiałam się oswoić z tą niezbyt piękną kreaturą wiszącą pod sufitem.
– Zostaw go, zjada komary. – powiedział V.
Okna naszego domu zabezpiecza moskitiera, ale kilku fruwającym wampirom i tak zazwyczaj udaje dostać się do środka. Dwadzieścia komarzych ukąszeń na jednej nodze może człowieka wykończyć.

Obcięłam paznokcie. Kiedy były długie dostawało się za nie zbyt wiele brudu. Trudno zachować czystość w dżungli, ale nikt się tym tutaj zbytnio nie przejmuje. Staram się unikać używania szamponu i mydła. Zamiast tego stosuje środek wyprodukowany przez Kopel – mieszankę cytroneli i eukaliptusa. Pachnie świeżo.
– Staramy się wywierać jak najmniejszy wpływ na środowisko, stąd to naturalne mydło.- tłumaczy Janett. – Dlatego też używamy tutaj wyłącznie deszczówki i wszystko czyścimy roślinnymi środkami.
Rozumiem ideę. Nie zmienia to jednak faktu, że po kilku dniach toaleta w domku zaczyna zwyczajnie śmierdzieć.

C.D.N.