facebook:
DSC_0753

2018-01-12 9 min to read

Drugie oblicze Indii – południe

Category : Indie

W Indiach południowych zewsząd atakuje człowieka zieleń. Przyroda jest bujna o każdej porze roku, co stanowi miłą odmianę po szarawych w porze suchej Indiach Północnych. Wysokie palmy kokosowe i fikuśne drzewa bananowe wystarczą, żeby podróży nadać nutkę egzotyki. Z Goa zapamiętamy głównie różnorodne plaże, a z Kerali wszechobecną wilgoć, parujące w upale zbiorniki wodne – jeziora, kanały, rzeki rozrzucone po całym stanie i pola ryżowe, których jest tutaj bez liku.

Południe jest również nieco czystsze i wizerunkowo stosunkowo bogatsze od północy. W miastach i miejscach turystycznych nie rzucają się w oczy slumsy, w restauracjach i na dworcach nie podchodzą do nas żebracy, wielu ludzi mieszka w murowanych, wielopiętrowych domach, na ulicach rzadziej widuje się również krowy, kozy, świnie i innego rodzaju tułający się przybytek. Nie brakuje za to bezpańskich psów stołujących się wśród resztek z restauracji na plaży. Nie piszę o południu jako całości. Zabrakło nam czasu na zwiedzenie Tamilnandu czy Andhra Pradesh. Piszę o miejscach, które odwiedziliśmy – Palolem, Margao,  Hampi, Panaji, Old Goa, Fort Kochi, Alappuzha oraz Varkala.

W Palolem (a w zasadzie Patnem beach) cieszyliśmy się spokojem, mieszkaliśmy w drewnianej chatce przy plaży, z hamaku na werandzie spoglądaliśmy w morze. Turystów na południe Goa dociera znacznie mniej niż na imprezową północ, jest ciszej i nie trzeba się wstydzić zbędnego tłuszczyku. Chętnie korzystaliśmy z popularnych happy hours, wylegiwaliśmy się na darmowych dla klientów leżakach i zajadaliśmy się owocami morza. Goa to przecież turystyczna wizytówka Indii.

Stamtąd wyruszyliśmy do Hampi w stanie Karnataka, gdzie kilka stuleci temu wyrastało potężne imperium. Obecnie życie codzienne rozgościło się tam pomiędzy XVI-wiecznymi ruinami. Na terenie objętym ochroną przez UNESCO, przy starym bazarze prowadzącym do świątyni, powstała całkiem nowa wioska, postawiono domy, prowizoryczne hotele, restauracje, turystom zaczęto wypożyczać rowery i motocykle. Codziennie rano mieszkańcy udają się nad rzekę, żeby załatwić potrzeby, umyć się i wyprać znoszone ubrania. Mężczyźni pływają w podwiniętych lunghi, kobietom niestety nie wolno odwijać swoich misternie spiętych saarii. Na wielkich rzecznych kamieniach przy ghat (stopniach prowadzących do wody) ustawiono święte posążki ozdobione kwiatami. Nie warto jednak zapuszczać się poza główne nadrzecze. Pomiędzy skałami i trawą czekają niezbyt miłe niespodzianki. Rankiem hinduscy mężczyźni xxsrająxx tam z widokiem na główną świątynie.

– Rząd zarządził już przesiedlenie ludzi z Bazar Street. – powiedział nam nasz przewodnik. – Oficjalnym powodem jest to, że wioskę założono nielegalnie na terenie dziedzictwa historycznego. Nieoficjalnie jednak wiadomo, że to dlatego, bo turyści woleli zatrzymywać się tutaj, blisko ruin, niż w odległych o kilka kilometrów rządowych hotelach. – tłumaczył.

My zatrzymaliśmy się po drugiej stronie rzeki, skąd codziennie podróżowaliśmy promem na wycieczki wśród pozostałości miasta. Każdego ranka na przystani atakowali nas kierowcy tuk-tuków:
– Warun! Warun! (takie imię podał im Virgil). Obiecałeś, że dzisiaj ! – krzyczęli. My jednak woleliśmy poruszać się pieszo lub rowerem. Widoków podobnych do tych w Hampi (malownicze ruiny wśród wulkanicznych skał i drzew palmowych) nie widziałam jeszcze nigdzie na świecie.

Tuż przed świętami wróciliśmy do Goa – dawnej portugalskiej kolonii, gdzie w ciągu kilku stuleci Europejczykom udało się skutecznie zasiać wśród miejscowej ludności katolicyzm. W Panaji z przyjemnością spacerowaliśmy po starym mieście pomiędzy kolorowymi portugalskimi willami i świątecznymi dekoracjami, a w kościołach wypatrywaliśmy szopek. W Wigilię dotarliśmy do Margao, gdzie w nocy wybraliśmy się na pasterkę. Dzieciaki śpiewały kolędy i przedstawiały jasełka, o północy maleńkiego Jezuska włożono do żłóbka i chociaż nie byłam w stanie zrozumieć miejscowego języka, mimo wszystko wyraźnie poczułam atmosferę świąt. Zastanawiało mnie tylko, dlaczego tak uparcie trzymano się schematu, że zarówno sam Jezus, jak i święta rodzina, pastuszkowie i trzej królowie – wszyscy oni byli nieskazitelnie biali. Jak czują się ciemnoskórzy Hindusi modląc się do białego Boga?

Po mszy udaliśmy się na dworzec kolejowy, tylko po to, żeby pierwszych kilka godzin Bożego Narodzenia spędzić czekając na spóźniony pociąg. Późnym popołudniem następnego dnia dotarliśmy do Kochi.

Ulice Fort Kochi obwieszono świąteczno-karnawałowymi dekoracjami. Zamieszkaliśmy pomiędzy dwiema świątyniami. O piątej nad ranem najpierw rozlegał się doniosły śpiew muzeina, a potem dudniące bębny z pobliskiej hinduistycznej gopury. W ciągu dnia dźwięki kilkakrotnie wpadały przez szeroko otwarte z powodu upału okna, a my żałowaliśmy, ze nie zatrzymaliśmy się gdzieś indziej. W Sylwester w powietrzu unosiła się atmosfera wyczekiwania. Asfalt przyozdobiono napisami „Happy New Year” we wszystkich możliwych językach. Przed co drugim domem pojawiły się dekoracje w postaci olbrzymiej kukły świętego Mikołaja ustawione w rozmaitych pozycjach i różnym otoczeniu. Był więc Święty Mikołaj-pirat kierujący statkiem, Mikołaj w adidasach Nike, Mikołaj w kolorowej klatce z serduszkiem. Później dowiedziałam się, że to tak naprawdę papaanji (port.dziadek) symbolizujący stary rok. Każdy z nich został spalony z wielkim hukiem o północy.

Cochin słynie z organizowanej z wielką pompą sylwestrowej imprezy i noworocznej parady. Na Parade Ground w nocy 31 ściągnęły tłumy. Trudno powiedzieć, czy przyciągnął je tam koncert znanego rockowego zespołu, fajerwerki czy olbrzymi, kilkumetrowy papaanji. Ciekawa sprawa – w stanie Kerala sklepy alkoholowe należą do rządu, a podatek od trunków wyskokowych jest wysoki, co podwaja ceny (są wyższe od europejskich!) , mimo wszystko już późnym sylwestrowym popołudniem wielu Hindusów widuje się pijanych. Ja i Virgil zadowoliliśmy się butelką piwa.
W Kochi świętuje się na zewnątrz, przed domy wystawiając olbrzymie głośniki, z których muzyka płynie aż do rana. Sąsiedzi konkurują ze sobą pod względem głośności i jakości nagłośnienia. Jedni preferują bolywoodzkie hity, innym bardziej odpowiada muzyka amerykańska. W Sylwestra Hindusi robią się wylewni. „Happy New Year” słyszymy tej nocy chyba z tysiąc razy ściskając dłonie przypadkowych imprezowiczów.

Pierwszego stycznia parada noworoczna zaczęła się z opóźnieniem. Na przedzie kroczył słynny słoń, za nim poprzebierani tancerze, następnie hidźry- pół kobiety, pół mężczyźni. Na wielkie platformy wiozące przebierańców i rozmaite dekoracje – rzymskie, greckie i hinduskie papierowe świątynie, bóstwa, Chrystusa niosącego krzyż, olbrzymią strzykawkę z ostrzeżeniem „drugs kill” czy nadmuchanego wieloryba z napisem „save white wales” przyszło nam długo czekać.  Następnego dnia po spektaklu zdecydowaliśmy się opuścić miasto.

Alappuzha nazywana jest hinduską Wenecją, chociaż do tej prawdziwej jej raczej daleko. Dwa z trzech kanałów przecinających miasto są wyschnięte i brudne, po trzecim pływają turystyczne łodzie. W mieście, chyba najbardziej hinduskim z tych, odwiedzonych przez nas na południu, również trwał karnawał. Tłum przechadzał się pomiędzy stoiskami oferującymi rozmaite smakołyki, plastikowe zabawki, ozdoby i inne drobiazgi. Zatrzymaliśmy się przy brudnej plaży, będącej najspokojniejszym i najtańszym dostępnym dla nas zakwaterowaniem. Znów przez trzy dni jedliśmy śniadanie z widokiem na morze. W Alappuzha główną atrakcją są tzw. backwaters – kanały i rzeki porośnięte palmami i otoczone polami ryżowymi rozciągające się poza miastem.

– Nie warto płacić za prywatną tratwę, to strasznie nudne. Zamiast tego wybierzcie się gdzieś państwowym promem , zaoszczędzicie masę pieniędzy i zobaczycie to samo. – usłyszeliśmy od innych podróżników. Tak też postanowiliśmy zrobić. Podróż pomiędzy Aleppy i Kottayam trwała dwie i pół godziny, mi jednak już w połowie zaczęło się wydawać, że ciągnęła się w nieskończoność. Widoki drzewek palmowych, turystycznych, mieszkalnych łodzi i niewielkich wioseczek szybko potrafią się człowiekowi znudzić. „I to ma być ta największa atrakcja Kerali?” – nie mogłam przestać myśleć. Warto? Warto. Ale nie ma co spodziewać się cudów.

Ostatnim przystankiem była plaża w Varkali. Tak wiemy – plaże, Kochi, Old Goa – to nie są prawdziwe Indie, jednak w trzecim miesiącu podróży mieliśmy przecież prawo czuć się w końcu zmęczeni. Na południu szukaliśmy słońca i odrobiny luksusu. Znaleźliśmy ład, dobrą kawę (z ekspresu!) i smaczne jedzenie.

– Jedzenie na południu jest lepsze niż na północy. – stwierdził Virgil. To prawda, również ja to zauważyłam. Sosy curry są lżejsze (zamiast śmietany używa się do nich mleka kokosowego), potrawy bardziej urozmaicone, a mięso łatwo dostępne (chyba pierwszy raz w Indiach!). Popularne są ryby i owoce morza, zajadamy się więc krewetkami i kalmarami. Dosa (chrupiący naleśnik z mąki ryżowej nadziewany rozmaitymi rzeczami) nigdzie nie smakował mi tak dobrze, jak w Goa. Hindusi mają najwięcej na świecie rodzajów płaskiego cheba: roti, ciapati, paratha, lacha paratha, naan i południowa parotha to tylko kilka z nich. Po trzech miesiącach przyzwyczajam się do nich tak bardzo, że nie mam już ochoty na zwykłą kromkę.

– Smak zmienia się w miarę jak człowiek podróżuje po Indiach. – to też słowa Virgila. To prawda, nasze żołądki stały się bardziej tolerancyjnie, znacznie chętniej również sięgamy po mocno doprawione i pikantne dania. Przyzwyczailiśmy się także pić mocno słodzone napoje – nawyk, którego trzeba się będzie pozbyć w Europie. Po trzech miesiącach opuszczamy Indie (niestety nasze wizy nie pozwalają nam na dłuższy jednorazowy pobyt), zabierzemy jednak ze sobą kawałek tego kraju – trochę jogi, odrobinę różnych smaków, kilka dobrych i kilka złych wspomnień. Au revoir. Namaste?

 

Hampi

DSC_0655
DSC_0486
DSC_0734

Port w Kochi

DSC_0818
DSC_0814

Karnawał

DSC_0982
DSC_1004

Backwaters

DSC_0889