facebook:
DSC_0664

2017-12-09 7 min to read

Święte miasta nad Gangesem

Category : Galerie zdjęć, Indie

Jest taki stan – mglistego skołowania, chwilowej dezorientacji, prawie że narkotycznego otumanienia. Moment, w którym twój umysł przestaje rozumieć otaczającą cię rzeczywistość, mózg ma problem z powkładaniem obrazów i dźwięków do odpowiednich szufladek. Trwa to zazwyczaj dosłownie mgnienie oka, góra kilka minut. Ochoczo, z ekscytacją i pewnym podnieceniem zanurzasz się w tym stanie, wyłapujesz szczątki otaczających zdarzeń i powoli, mozolnie składasz jedne z drugimi jak puzzle. Potem przychodzi zrozumienie, ale to właśnie ta chwila, zanim pojawią się słowa, ten moment przed nazwaniem, czysty zachwyt – to właśnie jest najpiękniejsze uczucie na ziemi. Co jakiś czas zdarza mi się to w Indiach. Prostymi słowami powiedziałabym, że „nie ogarniam”. Tak też poczułam się tuż przed ceremonią Ganga Aarti w świętym mieście Haridwar.

Rzeka Ganges od zawsze pełniła dla Hindusów istotną rolę. W religii Hindu utożsamia się ją często z boginią Ganga. Jej wody słyną z uzdrawiającej mocy. Kąpiel w Gangesie gwarantuje oczyszczenie z dotychczasowych grzechów i ułatwia mokszę (ostateczne wyzwolenie się duszy z cyklu życia). Co roku setki ludzi przyjeżdżają do świętych miast po to, żeby obmyć swoje ciała w czcigodnej rzece lub spalić na jej brzegu szczątki bliskich zmarłych. Ci, których prochy zostaną wrzucone do Gangi, mają największe szanse na uwolnienie się od kolejnych wcieleń.

Gangotri, Haridwar, Varanasi, Allahabad to miejsca pielgrzymek, ale w niektórych przypadkach również smętne poczekalnie. Przyjeżdżają tu wdowy wyrzucone z domu przez rodziny, ludzie starsi, schorowani i asceci, którzy sami dobrowolnie wyrzekli się wszystkiego. Tych ostatnich można poznać po długich brodach i pomarańczowych strojach. Wszyscy oni nad Gangesem czekają dnia, w którym dopełni się ich los. Marzą o tym, żeby umrzeć przy rzece.

Ze świętych miast wybraliśmy dwa i rzeczywiście udało nam się dwa odwiedzić. Szkoda tylko, że nie te dwa, które planowaliśmy. Jak to zazwyczaj bywa – plany swoje, a życie swoje. W dniu podróży z Rishikesh do Varanasi zachorowałam na silną anginę. 39 stopni gorączki sprawiło, że musieliśmy zostać w Haridwarze. Po czterech dniach byłam w stanie znów ruszyć się z łóżka i wtedy odkryliśmy, że kiedy człowiek jest w trasie, to nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, a taki Haridwar w niektórych momentach bywa nie mniej magiczny niż Varanasi.

Rishikesh – miasto ashramów i stolica jogi, okazało się miejscem przyjaznym dla zachodnich podróżników. Jadaliśmy wegetariańskie co prawda, ale jednak europejskie posiłki, popijaliśmy kawę z widokiem na Ganges i góry, a w hostelu mieliśmy dostęp do wi-fi i gorącego prysznica. Takie rzeczy w Indiach? Żyć nie umierać!

Co drugi dzień pojawiałam się na zajęciach jogi w pobliskim studio. Czasami byłam jedynym uczestnikiem lekcji i wtedy instruktor dopasowywał asany do moich indywidualnych potrzeb. Przy jednej ze ścian stał ołtarz świętej rodziny – Shivy, Parwati i Ganeshy, przed którym za każdy razem odprawialiśmy krótką modlitwę. W moim przypadku była to bardziej ciekawska obserwacja.
– Ja zawsze się modlę, ale joga nie ma nic wspólnego z religią. – uspokajał mnie prowadzący.
Zaczynaliśmy od medytacji i recytacji mantr. Dzięki tym kilku spotkaniom dowiedziałam się więcej o jodze, technikach oddychania, życiowej energii i uzdrawianiu tantrycznym.

Po tygodniu przyszedł czas na to, żeby spakować manatki i zostawić komfort za sobą. Przystanek Haridwar – kolejne święte miasto, znacznie mniej zachodnie, bardziej hinduskie, brudne, przykurzone i bez dwóch zdań również biedne. Turystów jest tutaj sporo, ale nie z zachodu, za to z całych Indii. Przyjeżdżają po to, żeby oddać cześć rzece i wyruszyć w góry. W Haridwarze nie ma hipi-restauracji ani kursów jogi, są za to hotele z ciemnymi, zimnymi pokojami, hałasujące tuk-tuki, trąbiące motocykle, dal z ryżem, a na targu tłumy. Któregoś dnia jedząc w jednej z knajp znajdujemy tu również w sosie karalucha.

Przy rzece mieszkają najbiedniejsi, sklecają swoje schronienia z patyków, folii i szmat. Matki gotują przed namiotami w metalowych misach na niewielkich paleniskach, półnagie dzieciaki biegają po deptaku. Życie w pobliżu rzeki jest nieco prostsze niż w innych miejscach – spacerownik służy za pralnię i darmową umywalnię. Z Virgilem wędrujemy w kierunku świątyni mijając kolejne ghat – schody, po których schodzi się po to, żeby zanurzyć ciało w Gangesie. W wodzie znajdują się specjalne bariery i łańcuchy zapewniające bezpieczeństwo podczas religijnych praktyk. Żaden wierny nie utonie w Gandze.

Mijając ludzi kłębiących się przy targowisku, handlarzy kwiatów (darów dla bóstw) i centrum usług fryzjerskich w postaci kilku kocy rozłożonych na chodzinku należązych do mężczyzn oferujących tanie strzyżenie lub golenie, dochodzimy wreszcie do Har Ki Pauri – jednego z najświętszych ghat w Indiach, na stopniach którego wyrosło skupisko świątyń. Pomimo wieczornego chłodu, zdejmujemy buty – taki zwyczaj, inaczej nie byłoby nam dane obejrzeć świętego kąpieliska. Przekraczamy umowną bramę i …. bum, dostaję chwilowych zawrotów głowy !

Wszędzie dookoła snują się wierni. Część z nich przysiadła na schodach, czekając na ceremonię, jeszcze inni zgrupowali się pod jedną ze ścian śpiewając mantry. Na pomarańczowych, metalowych platformach rozstawionych wzdłuż rzeki czekają bramini rozdający błogosławieństwa, przez stożkowate budowle świątynne przewijają się tłumy, ludzie składają ofiary na ołtarzach, modlą się, kupują datki. Jeszcze dalej kobiety i mężczyźni schodzą po stopniach, żeby zanurzyć się w rzece. Mężczyźni robią to w bieliźnie, kobietom nie wolno się rozebrać, ochoczo jednak moczą w rzece swoje kolorowe saari. Powyżej znajdują się przebieralnie – jest przecież zimno, w takiej temperaturze nikt nie chce cały wieczór chodzić mokry. Z każdą chwilą obecnych przybywa. Przytłacza mnie kakofonia dźwięków. Znajdujemy wygodne miejsce do siedzenia, czekamy na Aarti.

Bramini rozpoczynają recytację mantr. Po schodach zostają zniesione wielkie platformy z figurkami bóstw, ustawia się je na ołtarzach znajdujących się przy rzece. Przez następne pół godziny trwa składanie ofiar – każdy kapłan ma tu swoją przypisaną funkcje, ruchy są precyzyjne, kolejność wykonywania poszczególnych czynności nieprzypadkowa, niezmienna od wieków. Zapada zmrok – pora rozpalić ogień. Brzeg rzeki rozświetlają dziesiątki lamp. Aarti to ceremonia ofiarowania bóstwom światła. Po poświęceniu ogień pełen boskich mocy zostaje przekazany wiernym na specjalnych talerzach. Naczynie należy przytrzymać jedną ręką, drugą ręką wachlując święty dym w stronę czoła i głowy. Rytuałowi akompaniuje specjalna pieśń.

Indie po raz kolejny zachwycają mnie bogactwem kulturowym. Zastanawiam się, jak wiele jeszcze uda mi się zobaczyć przed wyjazdem? Jedno jest pewne – chcę tutaj wrócić. Podskórnie czuję, że ten kraj kryje tak wiele opowieści.

Spacerownik przy rzece - Haridwar

Haridwar

Sprzedawca kwiatów - darów dla bóstw

DSC_0575

Salon fryzjerski na chodniku

DSC_0584

Święte ghat

DSC_0649
Haridwar
DSC_0675
DSC_0689
DSC_0705

bóstwa zostają zniesione nad Ganges

DSC_0701

Aarti

DSC_0717