facebook:
indiatrainstation

2017-12-26 6 min to read

Podróżowanie po Indiach

Category : Indie, Poradnik podróżnika

Podróżowanie po Indiach do łatwych nie należy. Piękne budowle – świątynie i forty często bywają pochowane w olbrzymich, przeludnionych, hałaśliwych i brudnych miastach. Bieda rzuca się w oczy, zwłaszcza na północy. Jedzenie przez pierwsze dwa tygodnie, zanim żołądek zdąży się przyzwyczaić, przyprawia o bół brzucha. Po wagonach sypialnych dalekobieżnych pociągów biegają myszy, na stacjach kolejowych o resztki jedzenia walczą ze sobą szczury. Poza hotelami próżno szukać wygodnych i czystych toalet. Budynki dworców są tłoczne, ludzie rozkładają się z dobytkiem na podłodze czekając na nocne, spóźnione pociągi. W autobusach państwowych (tzw. state buses) pasażerowie cisną się jak sardynki w puszce. Podobnie sprawy się mają z tzw. shared jeeps. Przed przyjazdem do Indii nie zdawałam sobie sprawy z tego, że w jednym samochodzie można stłoczyć nawet i dwunastu mężczyzn. Do tego wszystkiego na południu dochodzą jeszcze wysokie temperatury wyciskające pot nawet z tych najlżej ubranych.

– Zanim pojedziemy do Goa, chciałabym zwiedzić świątynie ukryte w jaskiniach Ajanty i Ellory. – rzuciłam któregoś dnia do Virgila, przypominając sobie o jednej z perełek indyjskiego subkontynentu. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że dotarcie do nich z Pushkaru będzie dla nas stanowiło tak olbrzymi problem.

„Autobus do Aurangubad odwołany z powodu mgły.”- usłyszeliśmy w środę w słuchawce telefonu godzinę przed odjazdem. Postanowiliśmy spróbować następnego dnia. W czwartek okazało się, że to nie pogoda była przyczyną odwołania rezerwacji. Poinformowano nas, że jeżeli nie zgłosi się wystarczająca liczba pasażerów, autobus zwyczajnie przez Pushkar nie przejeżdża. Szkoda tylko, że nie powiedziano nam tego wcześniej. Pojechaliśmy na najbliższą stację kolejową, żeby stamtąd udać się do Bhilwary. Pociąg spóźnił się ponad półtorej godziny. Po drodze martwiliśmy się, że nie zdążymy na autobus, na który mieliśmy się przesiąść. Okazało się, że niepotrzebnie. Autobus przyjechał z dwugodzinnym opóźnieniem.

Z pociągami w Indiach bywa różnie. W kraju zamieszkanym przez ponad bilion osób, kupienie biletu kolejowego często graniczy z niemożliwością. Wagony sypialne i te trzeciej klasy należy rezerwować z przynajmniej dwutygodniowym wyprzedzeniem. Nieco lepiej sprawa wygląda z pierwszą i drugą klasą, tutaj jednak próg cenowy często przekracza nasze podróżnicze możliwości. Bilety na tanią general class dostępne są zawsze, ale z Virgilem wolimy unikać bitwy o miejsce do siedzenia lub wielogodzinnych podróży na stojąco w tłumie. Zdesperowanym pozostają jeszcze tzw. bilety Tatkal (pula biletów w razie nagłego wypadku), należy je jednak szybko rezerwować, bo znikają w przeciągu godziny od momentu, kiedy zostaną udostępnione. Bilety kolejowe w Indiach rozchodzą się szybciej niż świeże bułeczki w Polsce.

Czasami podróżujemy pociągami typu sleeper. Prycze w otwartym wagonie pogrupowane są po sześć z jednej strony i po dwie z drugiej, zostawiając wąski korytarz na przejście pośrodku. Nie ma przedziałów, tanie podróżowanie wiąże się z brakiem prywatności. Nie da się również w pociągu długo pospać – Hindusi budzą się wcześnie, zaczynają rozmawiać i szeleścić foliowymi workami zawierającymi śniadanie. O godzinie siódmej pasażerowie schodzą ze środkowych prycz, które należy złożyć po to, żeby w ciągu dnia można było siedzieć na tych usytuowanych najniżej. Tylko Ci najwyżej cieszą się swobodą przestrzeni, często jednak za cenę gorąca – wagony nagrzewają się szybko, a pod sufitem nie ma przecież okien.

Jeżeli uda nam się kupić bilet, trzeba jeszcze znaleźć właściwy peron, co bywa często trudnym zadaniem. Następny w kolejności jest numerek wagonu – hinduskie pociągi ciągną się w nieskończoność. Trudno się dziwić skoro przemierzają nieraz tysiące kilometrów, wioząc potężne ilości pasażerów.

W Indiach na wszystko trzeba czekać. Długo czekamy na herbatę, zamówione posiłki, autobusy i na odjazd pociągu. Na stacjach kolejowych cały świat jest czekaniem. Z autobusami – to już często zależy od przewoźnika. Autobusy państwowe – tanie, rozklekotane, z pootwieranymi wszystkimi oknami, siedzeniami przesiąkniętymi potem i kurzem lub zrobionymi z plastiku, kursują na krótsze dystanse. Żeby przemieszczać się pomiędzy różnymi stanami trzeba zapłacić od dziesięciu do dwudziestu pięciu dolarów za autobus prywatny. One jednak także bywają różnej jakości – czasami trafiają się popsute siedzenia, innym razem w trakcie podróży kierowca wyłącza klimatyzację i pozwala swobodnie smażyć się pasażerom w ukropie. Postój na herbatę czy zwykłą toaletę jest rzadko spotykanym luksusem.

Jak nisko można upaść podróżując po Indiach? Tak nisko, żeby nie przejmować się, że zjadamy samosę smażoną na podejrzanym tłuszczu. Tak nisko, żeby bez wahania siadać lub kłaść się spać na brudnym peronie. Tak nisko, żeby ze zmęczenia zamieszkać w pokoju przypominającym więzienną celę. Aż wreszcie tak nisko, żeby brać prowizoryczny prysznic nad toaletą, w kranie, który Hindusom służy do podmywania intymnych części ciała po załatwieniu potrzeby…

Pokoje w Indiach, nawet w tych niezłych hotelach, bywają ciemne i zimne. Często nie ma w nich porządnych okien. Na porządku dziennym jest brak ciepłej wody, zdarza się także, że przez niskie ciśnienie prysznic przestaje działać i umyć się trzeba w wiadrze. Czasami również prysznica nie ma w ogóle. Bucket shower to coś do czego człowiek szybko się przyzwyczaja. Hostele trafiają się rzadko i wyłącznie w miejscach najbardziej turystycznych. Kiedy udaje nam się znaleźć ładny, czysty hostel z jasnym, przestronnym pokojem i wifi, ze znaleziska cieszymy się tylko jedną noc. Następnego dnia wyrzucają nas na bruk. Okazuje się, że właścicielowi hostelu właśnie skończyła się umowa najmu i musiał zwinąć działalność.

W mieście Aurangubad wynajmujemy pokój na dwie noce. Drugiego dnia po powrocie do hotelu zauważamy dziesiątki kolorowych stelaży rozstawionych na podwórzu. „Wesele”- słyszymy. O 21 ktoś zaczyna nam się dobijać do drzwi. Otwieramy tylko po to, żeby zobaczyć kilkunastu zszokowanych Hindusów. Zatrzaskujemy się w środku, na zewnątrz tymczasem zaczyna się robić głośno. Goście weselni przyjechali wcześniej. Okazuje się, że rodzina wynajęła cały budynek. Nie wiem, kto był bardziej zaskoczony – my czy oni. Nazajutrz, kiedy oni świętowali, my zwinęliśmy się chyłkiem.

W Amritsarze okna pokoju hotelu, znajdującego się w środku wielkiego miasta, wychodzą na stodołę, w której przetrzymywanych i regularnie dojonych jest około piętnastu krów. Zapachy nie zachwycają, ale za to z balkonu możemy obserwować proces wytwarzania suszonych placków z krowiego łajna służących do palenia w piecu.

Podróżując spotykamy również rozmaitych naciągaczy. Najgorsi są kierowcy taksówek i tuk-tuków, którzy rzucają się na nas jak sępy za każdym razem, kiedy wysiadamy z autobusów. Z resztą z autobusami sprawa nie zawsze wygląda lepiej. W drodze do Margao kierowcy próbują nas wysadzić gdzieś w Północnym Goa. „Ostatni przystanek!” – krzyczą. Virgil zaczyna się kłócić. Obskakują nas taksówkarze oferujący podwózkę za „przyzwoitą cenę”. Dopiero po chwili protestów wsiadamy z powrotem i autobus rusza do miejsca przeznaczenia.

Tak więc podróżowanie po Indiach przypomina czasami walkę o przetrwanie. Nie jest proste, niekoniecznie bywa przyjemne. Z pewnością dostarcza mi sporo materiału do pisania i jeszcze więcej zabawnych doświadczeń. Czy warto? To już sprawa indywidualna każdego podróżnika.