facebook:
pahaadi

2017-11-16 5 min to read

Pahaadi

Category : Indie

Laluri – niewielka wioska w górach w stanie Uttarakhand w północnych Indiach. Miejsce z rodzaju tych, które należy odwiedzać przywożąc ze sobą rolkę papieru toaletowego, bo w pobliskich sklepach podobnych rzeczy zwyczajnie się nie sprzedaje. Mieszkający tutaj Hindusi mają swoje własne, sprawdzone sposoby, nie potrzebują europejskich nowości.

Laluri – wioska, w której dzieciaki do obcokrajowców uśmiechają się szeroko (nie ma ich przecież wielu i nie przyjeżdżają zbyt często), a dorośli zapraszają na herbatę i częstują pomarańczami. To tu swoją siedzibę ma Pahaadi – stosunkowo młoda, bo działająca niecałe dwa lata, organizacja pozarządowa założona przez Davendera i Katarzynę. Ich działania prowadzić mają do zatrzymania migracji młodzieży z wiosek do miast, gdzie jak twierdzi Kasia, chłopcy z prowincji często traktowani są jak ludzie drugiej kategorii i muszą ciężko pracować po to, żeby wspierać finansowo rodziny. Celem Pahaadi jest nauczenie mieszkańców Laluri nowych sposobów uprawy ziemi i wykorzystywania naturalnych zasobów terenu.
– Kiedyś ludzie uprawiali tutaj różne rzeczy, ale przestali ze względu na zwierzęta. – mówi Dave. – Małpy kradną warzywa i niszczą plony, a z roku na rok jest ich coraz więcej.

Problemem jest także górzyste ukształtowanie terenu i skaliste podłoże – w takich warunkach podporządkowanie sobie ziemi człowiekowi przychodzi z wielkim trudem. Davender stara się zbudować farmę grzybów, wciąż jednak potrzeba mnóstwo wysiłku i wiele rąk do pracy przy budowie.

Pahaadi prowadzi także szkołę. Zajęcia odbywają się popołudniami, osobno dla dziewcząt i osobno dla chłopców. Uczniowie podzieleni są na grupy wiekowe – codziennie o czwartej na lekcje języka angielskiego przychodzą dziewczynki między 15, a 21 rokiem życia, w tym samym czasie dla chłopców odbywają się zajęcia sportowe. W poniedziałek i wtorek po piątej zjawiają się młodsi chłopcy, w środę i czwartek młodsze dziewczynki, a w piątek i w sobotę Davender czyta książki maluchom. Kiedy tylko w Pahaadi goszczą wolontariusze, to oni prowadzą szkołę, przez pozostały czas jednak Dave zmaga się z tym wyzwaniem sam. Wykształcony w mieście, wrócił w rodzinne strony po to, żeby pomagać innym, zagwarantować młodzieży lepszą przyszłość.

Mieszkańcy Laluri rozmawiają ze sobą w języku Gerwali. W okolicznych szkołach naucza się hindi i języka angielskiego. Lekcje tego drugiego nie odbywają się jednak na zbyt wysokim poziomie. Stąd potrzeba dodatkowych zajęć. Część młodzieży uczęszcza do szkoły wysoko na szczycie wzgórza, inni codziennie wsiadają do autobusu i podróżują do pobliskiego Jamnik Hall. Pomiędzy trzecią, a czwartą grupki dzieciaków w szkolnych mundurkach wesoło wracają do domów. Chłopcy są w nieco lepszej sytuacji niż dziewczynki, w przyszłości łatwiej im będzie decydować o sobie. Społeczność Laluri należy do tych wciąż bardzo tradycyjnych.

Któregoś dnia pytam Davendera o obecność systemu kastowego w wiosce. Oficjalnie został on w Indiach zniesiony w 1950 roku, jednak jego pozostałości poza miastami nadal są widoczne.
– W Laluri i Dou mieszkają członkowie trzech kast. – opowiada Dave, który sam przynależy do kasty wojowników.- najniższej, średniej i najwyższej. W wiosce ludzie wzajemnie się szanują i nie ma mowy o dyskryminacji, ale według tradycji członkowie najniższej kasty nie mają wstępu do domostw osób należący do wyższych kast, nie mogą razem z nimi jeść posiłków, ani pić wody z tego samego źródła.

Zauważam, że domy osób pochodzących z niższych kast są wyraźnie biedniejsze, mniej wystawne i pozbawione ozdób. Zazwyczaj mieszka w nich również więcej osób. Na neutralnym gruncie wszyscy są traktowani jednakowo – w szkołach dzieciaki siedzą w tych samych ławkach i jadają przy wspólnym stole. Zoe pyta, czy również my (biali) będąc gośćmi w wiosce zostajemy przyporządkowani do podziału kastowego.
– Tak. – mówi nam Dave. – Bramini (nauczyciele) traktują Was jako wysoko postawionych w systemie, ale wciąż niżej urodzonych od siebie.

W Pahaadi podziały nie istnieją. Do naszego domu (siedziby organizacji) wstęp mają wszyscy. Również i my chętnie odwiedzamy domy wszystkich dzieci. Maluchy dostają od Dave’a słodycze i swetry na zimę.

Póki co Pahaadi prowadzi działania na niewielką skalę. Kasia i Dave nie mają dofinansowania.
– Żeby móc poprosić o pieniądze zagranicznych sponsorów, zgodnie z hinduskim prawem, organizacja musi istnieć przynajmniej trzy lata. Jeszcze wcześniej trzeba otrzymać specjalny certyfikat, za który musielibyśmy zapłacić. W Indiach każda rodzima firma jest zobowiązana do tego, żeby 2% dochodu przeznaczyć na wsparcie dowolnej organizacji pozarządowej. Jednak po to, żeby móc ubiegać się o te fundusze również potrzebny jest specjalny dokument. Obecnie staramy się go zdobyć. – tłumaczy Davender.
-Urzędnicy nie chcą nam pomóc. – mówi Kasia. – Kierują nas do prawników. Za prawnika trzeba dużo zapłacić. Nie możemy sami wypełnić i dostarczyć dokumentów. Tak to tutaj działa – prawnicy płacą urzędnikom odpowiedni procent od tego, co uda im się zarobić.

Davender nie chce inwestować w wiosce wielkich sum.
– To nie o to chodzi, żeby mieszkańcom Laluri dać pieniądze. – tłumaczy. – My chcemy ich nauczyć, w jaki sposób mogliby te pieniądze zarabiać, jak mogliby się rozwijać, co mogliby robić ze swoją ziemią.

Dave każdego dnia walczy o polepszenie życia mieszkańców kilku niewielkich wiosek w stanie Uttarakhand. Walczy także z mentalnością ludzi, których trudno jest przekonać do nowych sposobów uprawy. Wśród tutejszych jego osoba wzbudza ogromny szacunek. Wolontariusze przywożą ze sobą do Laluri kawałek zewnętrznego świata. Razem z nimi przyjeżdżają opowieści. Przyjeżdża także wsparcie – fizyczne oraz mentalne. Wszyscy kibicujemy Davenderowi i Kasi. Z całego serca życzymy im jak najlepiej.