facebook:
laluri

2017-11-26 8 min to read

Dziennik z Laluri

Category : Indie

ŚRODA – dzień pierwszy

Jesteśmy w drodze do Laluri. Autobus, który wiezie nas z Dehradun do Jamnikhal nie jest zbyt wygodny, ale mogło być gorzej. W Indiach autobusy dzielą się na trzy kategorie: prywate z klimatyzacją, prywatne bez klimatyzacji i publiczne – stanowe, najtańsze, przeznaczone głównie dla miejscowych, którymi można dojechać w najodleglejsze zakątki kraju. Niestety komfort podróży maleje proporcjonalnie do ceny. Droga wije się potężnymi zakrętami wokół gór wzdłuż Gangesu. Woda w rzece ma kolor lazurowy. Od dwóch godzin jedziemy wyłącznie pod górkę, nie potrafię ocenić na jakiej znajdujemy się wysokości. Zastanawia mnie jakim cudem ludzie w ogóle wybudowali te drogi. Domy raz po raz wyrastają na zboczach wzgórz. Zdumiewa mnie gęstość zaludnienia na tym trudnym terenie.

Jamnikhal – jedna główna ulica i kilka górskich ścieżek na krzyż, ale to wystarczy, żeby nazywać je miastem. Szukamy taksówki jadącej do Laluri. Pojawia się facet z wąsikiem i w przybrudzonej koszuli.

– Nazywam się Bi Pi. – przedstawia się. Nie mam pojęcia, jak poprawnie zapisać jego imię, kojarzy mi się wyłącznie z siecią stacji benzynowych w Polsce. – I go to Lalurikhal. 200 rupii. – dodaje. Jego oddech zalatuje alkoholem, wydaje się jednak w miarę trzeźwy. Wsiadamy do nieco już wysłużonego, białego samochodu i ruszamy w dalszą trasę. Po 5 minutach Bi Pi zatrzymuje się przy jednym z mijanych sklepów.

– You buy something? – pyta.
– No,no. – odpowiadamy, bo chcemy jechać dalej. Bi Pi jednak nie ustaje.
– You like whisky?
– No, no. I don’t like to ski. – odpowiada Virgil. Bi Pi po angielsku mówi w końcu zupełnie niewyraźnie.
– Noo, nooo. ŁI-SKI. ŁIII- SKIII.
– Kup trochę whisky i jedźmy dalej. – mówię, ale Virgil odmawia.
– Fruit? Oranges? – pyta znowu Bi Pi.
– Są tutaj papierosy? – poddajemy się. Virgil wychodzi, kupuje paczkę fajek i pomarańcze. Jedziemy dalej.
Po chwili znowu zatrzymujemy się przy jednej z okolicznych budek.
– My family.- mówi Bi Pi i przedstawia nam swoją siostrę z córeczką.
– You drink łi-ski ? – pyta i sadza nas na plastikowych krzesłach. Po chwili przynosi niewielką butelkę, plastikowe kubki i jabłka. Śmiejemy się – nie mamy wyboru, bez kierowcy daleko nie zajedziemy. Każde z nas wypija po dwie kolejki hinduskiej whisky mocno rozcieńczonej wodą. Żegnamy się z właścicielami sklepiku i odjeżdżamy.
Droga wije się ostrymi zakrętami.
– Ja dobry kierowca? – pyta Bi Pi.
– Dobry, dobry. – odpowiadam.
– Ja kierowca od dwudziestu lat. – mówi.
Ponownie zatrzymuje się jeszcze tylko jeden raz – przed świątynią. Wychodzi na chwilę i recytuje modlitwę. Tym razem nie musimy już nic kupować. Po pół godzinie dojeżdżamy na miejsce bezpiecznie.

SOBOTA – dzień czwarty
W Laluri życie płynie powoli, ale każdy dzień jest wypełniony po brzegi. Śpimy na twardych materacach, nieco zbyt twardych jak na mój grzbiet. Wstajemy około godziny ósmej – pora na kawę i ciastka. To moja ulubiona część dnia. Następnie wspólnie gotujemy śniadanie. Jeszcze wcześniej trzeba iść po wodę do studni. W Pahaadi jest nas czworo wolontariuszy, dzielimy się zadaniami.

Jedzenie jest proste, typowo hinduskie, tyle, że bez żadnych ostrych przypraw. Dzień zaczynamy zazwyczaj od ryżu z warzywami lub małych, płaskich mącznych placków nazywanych roti. Na obiad jest ryż z mocno wodnistym dalem z soczewicy, cieciorki lub fasoli. Na kolację znów roti z aloo ghobi sabji (ziemniakami z kalafiorem, czasem innymi warzywami). I tak w kółko. Niedziela to dzień wolny – wtedy robimy sobie popcorn i gotujemy, co chcemy. Tylko mięsa nie można tutaj nigdzie zdobyć.

Po śniadaniu pracujemy przy budowie farmy grzybów. Robota jest ciężka – z pomocą łopat, motyk i kilofów wyrównujemy podłoże, młotem pneumatycznym rozsadzamy skały, a w metalowych misach nosimy kamienie oraz glebę. Słońce grzeje, a na rękach robią nam się odciski.

Około 13 wracamy, myjemy nasze zakurzone ciała i robimy obiad. Chwila wolnego i przed 16 schodzimy ze wzgórza do centrum wioski po to, żeby poprowadzić lekcje. Chłopcy w różnym wieku przychodzą na zajęcia sportowe z Matteo i Virgilem, ja i Zoe uczymy dziewczynki języka angielskiego. Wieczorem gotujemy kolację, gramy w karty, czytamy książki i zmęczeni kładziemy się spać.

PONIEDZIAŁEK – dzień szósty
Zostajemy zaproszeni na uroczystości wspominkowe rok po pogrzebie zmarłej z jednej z tutejszych rodzin. To takie nasze zaduszki, tyle, że w postaci wielkiej fiesty, którą przygotowuje się przez cały boży dzień. Starsze dziewczynki nie przyszły dzisiaj na zajęcia do szkoły, pomagały kobietom w kuchni. Wszyscy krewni odpowiadają za to, jak wypadnie uczta.

Zapada zmrok – wyruszamy. To chyba jeden z najbogatszych domów w wiosce, znajduje się tuż za świątynią. Kuchnia jest duża, ale dziś jedzenie w większości gotowano na zewnątrz, w wielkich wokach postawionych na paleniskach. Trzeba w końcu wyżywić tak wielu mieszkańców wioski – na wspominki zaprasza się bliższą i dalszą rodzinę, a często także przyjaciół i sąsiadów.

Na podwórzu jest tłoczno, ale znajdują się tu tylko mężczyźni, kobiety pochowały się w domu. Witamy się z gospodarzem. W prezencie przynieśliśmy ze sobą dwa kilogramy cukru. Jako obcokrajowców sadza się nas na plastikowych krzesłach, pozostali stoją. W końcu rodzina rozkłada na ziemi po dwóch stronach olbrzymią, plastikową folię, to na niej będziemy jeść. Siadamy po turecku. Jako kobieta czuję się tu dziwnie – jesteśmy same, ja i Zoe, otoczone przez gromadkę mężczyzn. Jeszcze inni mężczyźni zaczynają rozkładać talerze i nakładać kolejne porcje – oni zjedzą później, kiedy wszyscy już wstaną. Na samym końcu będą jadły kobiety.

Jedzenia jest sporo – najpierw dal i roti, potem gotowany kalafior z ziemniakami, trochę surowych warzyw, puri (placki z mąki razowej smażone na głębokim tłuszczu), a na zakończenie suji halwa. Zajadamy się tym wszystkim z apetytem. Po hindusku – palcami prawej dłoni, bez pomocy sztućców. Lewa ręka spoczywa na kolanach – jest nieczysta, nie wolno jej dotykać żywności. Nie jest łatwo. Dłoń trzeba uformować w swojego rodzaju chochlę, na którą palcem wskazującym środkowym i serdecznym nakłada się jedzenie, które potem unosi się do ust i kciukiem przesuwa w kierunku języka. Co chwilę ktoś podchodzi i dokłada nam kolejne porcje. Wreszcie kończymy i wracamy na nasze krzesła. Zjawia się więcej kobiet – czekają przed bramką na zaproszenie, bez tego nie wejdą do środka. Wita je gospodyni i razem znikają we wnętrzu domostwa. Mężczyźni podchodzą do nas, żeby się pożegnać i podziękować za przybycie.
– You are most welcome here. – słyszymy to w Laluri wiele razy.
WTOREK – dzień siódmy
Wspominki są kontynuowane następnego dnia. Zjawiamy się w porze obiadu. Przychodzimy spóźnieni, część mężczyzn już siedzi i je. Musimy poczekać na swoją kolej.
– Teraz nikt nie może się przyłączyć. – tłumaczy nam Devender. Jeżeli jedna osoba wstanie, wszyscy będą musieli skończyć jeść i również wstać. To taki zwyczaj.

Rodzina prowadzi nas na podwórze. Jeden z mężczyzn maluje na naszych czołach znak używając kurkumy i rozgniecionych ziarenek ryżu. Jesteśmy gotowi, żeby zasiąść do posiłku. Woda dla wszystkich nalewana jest do niewielkich, owalnych, metalowych waz. Należy z nich pić tak, żeby usta nie dotykały naczynka. Oczywiście mam z tym wielki problem, moczę sobie koszulkę i więcej nie próbuję. Na talerzach pojawiają się rozmaite warzywa, pikle, dwa rodzaje sosów i trzy rodzaje ryżu przyrządzonego na różne sposoby. Do tego oczywiście dal, a w zasadzie dwa – jeden z soczewicą, a drugi z fasolą. Dave uczy nas w jaki sposób jeść ryż palcami. Trzeba po prostu rozgnieść go na talerzu i uformować kulkę. Dalej jak wcześniej – palce wskazujący, środkowy i serdeczny przytrzymują jedzenie, a kciuk wpycha je w otwarte usta. Nadal nie idzie nam zbyt dobrze.
– Oni wszystko podają na jednym talerzu – słodkie, słone, kwaśne i pikantne. – narzekają Włosi. To prawda. W naczyniu sosy mieszają się, a smaki łączą się ze sobą i trudno je od siebie oddzielić. Mi tam i tak wszystko smakuje.
ŚRODA – dzień ósmy
Wracamy do tematu systemu kastowego w wiosce. Devender opowiada nam pewną historię:
– Jednego dnia wracałem ze szczytu wzgórza z grupką dzieciaków. Było gorąco. Dzieci z niższej kasty pobiegły do domu braminów, żeby poprosić o wodę. „Nie możemy wam dać wody, nie jesteście z naszej kasty.” – usłyszały. Świadomość kastowa jest na wsiach nadal bardzo silna. Dzieci uczą się od rodziców. Kiedyś starsi chłopcy nie pozwolili mi się napić wody ze źródła, bo to była studnia niżej urodzonych. Dawniej wierzono, że pijąc tę samą wodę co oni, zostajesz skażony.

Za brutalnymi podziałami początkowo stały praktyczne powody. Obecnie są to już tylko pozostałości w mentalności, która nieustannie się zmienia.

Jak będą wyglądały Indie za kolejnych 100 lat?

 

C.D.N

A więcej o Pahaadi w poprzednim wpisie TUTAJ