facebook:
laluri

2017-11-28 4 min to read

Dziennik z Laluri cz.II

Category : Indie

CZWARTEK

Dave dzisiaj nie jadł w domu, ale zostawił dla nas taro do ugotowania. Nigdy czegoś podobnego nie widzieliśmy, pół godziny zajęło nam wymyślenie, co takiego moglibyśmy z tym zrobić. Suma summarum ugotowaliśmy to w parowarze, niestety po obraniu rozmiękło na papkę. Dodaliśmy masali i zjedliśmy tak, jak ubite ziemniaki, tyle że prawie bez smaku i z dużą ilością wody. Hinduska kuchnia ciągle jeszcze stanowi dla nas wyzwanie.

PIĄTEK
Dzisiaj na budowie udało nam się usunąć wielki korzeń. Miał średnicę około metra. Drzewo, które tutaj rosło musiało być ogromne.
– To było miejsce spotkań, mieszkańcy wioski zawsze umawiali się pod tym drzewem. Spłonęło. Kiedy zaczęliśmy pracę przy farmie, został już z niego tylko wypalony kikut. – poinformował nas Devender.
Usunięcie tych kilku pozostałych korzeni to coś, nad czym będziemy pracować przez kolejny tydzień. W końcu my wyjedziemy, pracę przejmą inni. A drzewo uparcie wkopane w skały i piasek jak stało tak stoi…

SOBOTA
Gotowanie hinduskiego jedzenia zajmuje stanowczo zbyt dużo czasu. Posiłki są proste, składniki podstawowe, ale w kuchni i tak spędzamy 1/3 wolnego czasu. Samo wyrobienie ciasta i upieczenie mącznych placków to przynajmniej 45 minut roboty. Cieszę się, że w Europie można kupić chleb i zwyczajnie zrobić sobie po pracy kanapkę.

Dzieciakom w wiosce spodobał się mój aparat fotograficzny. Nie tylko chcą być na zdjęciach, jeszcze bardziej chcą same je robić. Ustawiam odpowiednio ich maleńkie rączki i wspólnie naciskamy przycisk. Łapeczki poruszają się, a ja potem już na komputerze poprawiam rozmazane ujęcia.

NIEDZIELA
Zostajemy zaproszeni na kolejne wspominki. Tym razem nieco mniejsze i w innej rodzinie. Kiedy przychodzimy, nadal trwają przygotowania. Dostają nam się szczególne miejsca – siadamy na kanapie, postawionej na balkonie z widokiem na podwórko. Czujemy się jak królowie.

Przed domem na trzech różnych paleniskach gotują się potrawy. Kobiety wałkują roti, mężczyźni smażą puri na głębokim tłuszczu. Do gotowania używa się głównie oleju ryżowego i klarowanego masła.

Najbliższa rodzina – ojciec, matka, córki, syn i wnuki zbierają się razem w jednym kącie podwórza, tam, gdzie stoi młoda jeszcze krowa. Ojciec trzyma w ręce książkę z mantrami, po chwili zaczyna recytować. Najstarszy syn, ten o ogolonej głowie, przynosi talerz, na którym znajdują się woda, mleko, ryż, czarne ziarenka musztardy, kurkuma, płatki kwiatów i drobne pieniądze – każde w osobnych naczyniach.
Domownicy ustawiają się wokół krowy, zwierzę zostaje obsypane kwiatami, podobnie jak wszyscy uczestnicy rytuału. Teraz to ojciec trzyma cenny talerz, nadal recytując mantry, syn tymczasem łapie w ręce krowi ogon. Pod jego dłonie matka podstawia metalowe naczynko. Ogon zostaje posypany ziarenkami musztardy i zamoczony w mleku, które przesiąka przez włosy i spływa do kubka.
Teraz domownicy kolejno krążą dookoła zwierzęcia dotykając każdego kopyta. Krowa kręci się w miejscu, obojętna na to, że znalazła się w centrum uwagi. Kiedy rodzina zatrzymuje się, ojciec ponownie chwyta w ręce ogon i tym razem używa go jako kropidła. Raz po raz zanurza ogon w mleku i skrapia nim głowy oraz ubrania krewniaków. Kurkuma i ryż służą do udekorowania głowy zwierzęcia, następnie ojciec przy ich pomocy wykona specjalny znak na głowie wszystkich zaproszonych gości.
Na zakończenie matka, syn, córki i wnuki szepczą tajemnicze słowa wprost do krowiego ucha.

-To przesłanie dla zmarłej osoby. – tłumaczy mi później Devender.

Koce zostają rozłożone, zasiadamy do uczty. Każdy zaproszony dostaje do ręki dostaje do ręki kopertę z niewielkim datkiem pieniężnym. Zaczynamy jeść. Nic nie smakuje lepiej niż świętowanie w Indiach.

PONIEDZIAŁEK

Dziewczynki, które przychodzą do nas na lekcje angielskiego są w różnym wieku. Najstarsze – Aarti i Pooja mają po 21 lat, najmłodsze – dwie Kajel, po 15. Jedne skończyły już szkołę, inne ciągle jeszcze się uczą.

Aarti jest bardzo zdolna, ze wszystkich dziewczynek ona jedna mówi płynnie po angielsku. W przyszłym roku wybiera się na studia magisterskie. Nie chce wychodzić za mąż, ale na jej rodzinie ciąży presja sąsiadów i lokalnej społeczności. W Indiach nadal przeważają małżeństwa aranżowane. Aarti chce zostać nauczycielką.

– Ona nie chce „pójść na żonę”. – tłumaczy mi któregoś dnia Kasia. – Chce zarabiać własne pieniądze i pisać książki.

 

Niestety o to trudno w wiosce, w której głównym zajęciem kobiet jest gotowanie i ścinanie trawy dla bydła. Z pomocą stara się przyjść Pahaadi, a właściwie jej żeńska połówka. Osobiście we wszystkich planach z całego serca życzę zdolnej Aarti jak najlepiej!

 

 ——————————————————————————————————-
Początek relacji z LaluriTUTAJ
Dlaczego Laluri? Czyli o wolontariacie w Pahaadi TUTAJ