facebook:
new delhi

2017-10-14 5 min to read

New Delhi się kocha albo nienawidzi

Category : Indie

New Delhi to miasto, które połyka człowieka w całości, przetrawia, przeżuwa resztki i wypluwa szkielet. Powstaje w ten sposób istota całkiem nowa – homo sapiens głuchy na jedno ucho, ślepy na jedno oko, torujący sobie drogę na ulicach łokciami, niegrzeczny dla tubylców, wiecznie zdenerwowany. W stolicy Indii oficjalnie mieszka ponad 13 mln ludzi – nie sposób tu uniknąć tłumów, przepychanek, korków, dźwięków klaksonów, potykania się o śmieci i widoku biedy. Trzeba mieć oczy dookoła głowy – inaczej bardzo łatwo jest zostać stratowanym przez szalonych rikszarzy. Kodeks drogowy nikogo nie obowiązuje, sygnalizacja świetlna nie działa, a nawet jeśli to i tak kierowcy nie zwracają na nią uwagi. Codziennie ubieram wygodne buty, żeby szybciej móc przebiegać przez jezdnię. Chodniki są dziurawe, a miasto pachnie kardamonem i moczem.

W New Delhi jesteśmy od trzech dni. „Ludzkie mrowisko” – tak Virgil nazwał to miasto. Nasz hostel znajduje się w jednej z wąskich uliczek odchodzących od Main Bazar Street – targowiska naprzeciwko dworca kolejowego. Życie toczy się tutaj pomiędzy budynkami, w szczelinach o szerokości metra lub dwóch, niczym wielkie szczury, tłoczą się istoty ludzkie. Jest szaro – światło nie dochodzi, gubi się w oknach wyższych pięter. Wychudzone dzieciaki bawią się w tej prowizorycznie zaimprowizowanej alejce grając w kulki, kilku dorosłych próbuje coś sprzedawać, kobiety gotują, a reszta zwyczajnie siedzi i rozmawia. Nie robię zdjęć – to miejsce zbyt intymne. Brudno dookoła, śmierdzi moczem, latają muchy.

Nigdy byśmy tutaj nie trafili, gdyby nie nasz hostel, wygodny, ale schowany w głębi, odseparowany od głównej ulicy. Dostajemy pokój na czwartym piętrze – klatki schodowe w New Delhi są wąskie i strome, należy uważać. Z okna korytarza zaglądam do sąsiedniego domu – ciemne, pomalowane na zielono pomieszczenie, jedno zakratowane okno bez szyby, stary telewizor, na podłodze siedzi kobieta z dzieckiem – oglądają. Kawałek dalej stoi palnik, a na nim wielki wok – ciekawe, co dziś jedli na obiad, pewnie dahl i roti, nie wyglądają na zbyt bogatych. Mieszkają co prawda w murowanym budynku w centrum miasta, ale w środku jest ciemno i nie ma wiele przestrzeni. Pracownicy hotelu radzą nam późną nocą nie wychodzić z pokoju. Z resztą nawet byśmy o tym nie pomyśleli – kiedy uliczne życie dookoła zamiera, dzielnica, w której się zatrzymaliśmy wydaje się niebezpieczna.

Main Bazar Street jest szeroka i ruchliwa. Kiedy wychodzimy rano poza naszą ciemną uliczkę, dosłownie zalewa nas życie – dźwięki i obrazy atakują człowieka z każdej strony. Riksze i skutery pędzą jak szalone, ludzie przedzierają się pomiędzy nimi, wszyscy trąbią i krzyczą, a gdzieś na boku wałęsają się krowy. Sprzedaje się tutaj dosłownie wszystko – owoce wystawiono na drewnianych wózkach obok sklepów z ubraniami, ozdobami i przedmiotami użytku codziennego. Bezdomni leżą na ulicach, w dzień nie rzucają się w oczy tak bardzo jak w nocy, kiedy wszyscy inni pochowają się w domach. Jest jeszcze brudniej niż w wąskich uliczkach, ale przynajmniej mniej śmierdzi. W Indiach śmieci wyrzuca się prosto na ulice, nie zawsze zwracając uwagę na przechodniów. Pewnego wieczoru zostaję trafiona kartonem po jajkach. Nie wiem, gdzie znajdują się jakiekolwiek śmietniki, czy ktoś sprząta ulice, a odpadki wywozi, a jeśli tak to kiedy i gdzie potem trafiają. Musi istnieć jakiś system przetwarzania – inaczej mieszkańcy Delhi ochoczo rozrzucający wszystko, co stare i zużyte dookoła siebie, już dawno zginęliby w nieczystościach.

Pierwszego dnia wielu ludzi próbuje nas zaczepiać. Świeże mięsko – nieobeznani z miastem, cenami i możliwościami podróżowania stanowimy łatwy łup. Na szczęście mamy zbyt wiele rozumu, żeby dać się naciągnąć agencjom i biurom podróży.
– W Indiach jesteś chodzącą maszynką pieniędzy. – mówi Virgil. Prawda, tyle że tych pieniędzy to my aż tak wiele znowu nie mamy – ot zwyczajny, backpackerski budżet. Mimo wszystko każdy próbuje na nas jakoś zarobić – jedni oszuści przestrzegają przed innymi i tak w kółko.
– Nie ufajcie żadnym biurom podróży, które widzicie na ulicy, będą was próbowali naciągnąć. – mówi właściciel hostelu, gdzie mieszkamy, równocześnie rozrysowując dla nas trasę nisko-budżetowej wycieczki po Indiach Północnych. Uśmiechamy się grzecznie, jednak z oferty nie korzystamy.
– Gdzie się zatrzymaliście? New King Hostel? Niedawno było o nich głośno w gazetach. Oni oszukują ludzi. – Raja spotykamy na ulicy, mówi nam, że studiuje język angielski i chciałby z nami chwilę porozmawiać, żeby poćwiczyć. Szybko jednak prowadzi nas do kolejnej agencji turystycznej.


New Delhi to przede wszystkim różnorodność etniczna, językowa i kulturowa. Przyjeżdżają tutaj ludzie z całego kraju. W przeciągu dwóch dni zwiedzamy trzy świątynie należące do wyznawców trzech różnych religii – meczet Jama Masjid (największy i jeden ze starszych w New Delhi), Gurudwara Bangla Sahib – sikhijską świątynię, o której jeszcze napiszę w swoim czasie, Hazrat Nizamuddin Aulia Dargah – świątynię – grób najważniejszego sufijskiego proroka. Każda z nich zachwyca na swój egzotyczny i niepowtarzalny sposób, także gościnnością.

Różnice społeczne chyba nigdzie nie są tak bardzo widoczne jak New Delhi. W wąskich uliczkach dzielnic Paharganj czy Old Delhi (i mnóstwie innych) tłoczą się biedni, bogaci mieszkają w ładnych blokach przy szerokich bulwarach. Connaugh place to centrum New Delhi, miejsce gdzie można napić się kawy w Starbucksie, zrobić zakupy w H&M i spotkać najwięcej białych. Dalej są jeszcze zadbane dzielnice rządowa i dyplomatyczna ze starannie przystrzyżonymi trawnikami, kwietnymi klombami i czystymi chodnikami. Domy, bloki, biurowce są ty wysokie, przestrzeń estetycznie zaaranżowana. Tymczasem w starych dzielnicach budynki wyglądają jakby ciągle ktoś na chybił-trafił dobudowywał do nich nowe piętra. Jest i kilka pięknych, choć zaniedbanych pozostałości dawnej kolonialnej świetności, które nieremontowane starzeją się i rozsypują z rozmachem.


New Delhi to brama do Indii – to tu ląduje większość międzynarodowych lotów. Miasto odstrasza – podróżnicy szybko stad uciekają. Stolica jest wizytówką kraju kontrastów, dobrą moim zdaniem jego reprezentacją. Przedstawia prawdziwe oblicze państwa, w którym tak wielu nie ma na co dzień co włożyć do ust. Delhi można być zafascynowanym. Miasto łatwo także znienawidzić. Jedno jest pewne – nie da się obok niego przejść z obojętnością.

  • to podobno z całymi Indiami tak jest – albo się je kocha albo nienawidzi

  • Daniel Paczkowski

    Dziękuję za konsultacje e-mailowe przed planowaną podróżą do New Delhi. Dzielę się swoją relacją z pobytu w tej metropolii: https://danielpaczkowski.blogspot.com/2018/05/new-delhi.html

    Pozdrawiam serdecznie

  • Andrzej Federski

    Witam, niedawno wróciliśmy z Indii.Mieszkaliśmy w New Delhi. W samym sercu miasta w niedrogim, ale bardzo dobrym i przyjaznym hotelu The Prime Balaji Deluxe @ New Delhi Railway Station.Indie i wszystko co ciekawe pokazał nam zaprzyjaźniony super serdeczny mieszkaniec New Delhi. Rozmawia po Polsku ! Studiował w Polsce stąd zna nasz język.Jadąc nie kupuje się żadbych wycieczek. On obwiezie i pokaże dosłownie wszystko.Jeśli ktoś będzie chciał wiedzieć coś więcej = proszę pisać = chętnie pomogę feder8@msn.com