facebook:
macleod

2017-10-29 3 min to read

Macleod Ganj – mała Lhasa

Category : Indie

Macleod Ganj, niewielka miejscowość w górach w stanie Himachal-Pradesh. Kiedyś miejsce spokojne i odludne, obecnie po kilku niewielkich ulicach w ciągu dnia suną dziesiątki, jeśli nie setki samochodów, motorów, taksówek. Przez ostatnie dziesięciolecia region Dharamsala stał się popularnym kurortem letnim dla Hindusów z niższych, bardziej upalnych partii kraju. Przyjeżdżają tu także tysiące obcokrajowców zainteresowanych buddyzmem, jogą i zgłębianiem technik medytacji. Hotele pną się do góry. Z braku przestrzeni w górzystym terenie do starych budynków dobudowuje się tylko kolejne piętra. Na straganach i w niewielkich sklepikach można kupić dosłownie wszystko – od szerokich koszul i hipisowskich spodni, bo tybetańskie śpiewające misy, posążki Buddy i sprzęt do górskich wędrówek. To miejsce wibruje.

Macleod Ganj – od 1959 siedziba Dalajlamy i tybetańskiego rządu na uchodźctwie, miejsce zamieszkania tysięcy Tybetańczyków, uciekinierów z kraju okupowanego przez Chińską Republikę Ludową. Wszędzie spotkać tu można porozwieszane kolorowe chorągiewki modlitewne, a na wielu domach dumnie powiewa flaga wolnego Tybetu. W miasteczku działają liczne organizacje pomagające uchodźcom i promujące tybetańską kulturę. Tybetańczycy i Hindusi żyją ze sobą w symbiozie – w domach, hotelach, resturacjach obok wizerunków Sziwy wiszą portrety Dalajlamy. Wszyscy nawzajem okazują sobie szacunek.

Turyści z plecakami – tacy jak my, mogą tutaj odpocząć od męczącej żołądki hinduskiej kuchni i posmakować momos – tybetańskich pierożków. Serwuje się tu także dania kuchni z całego świata – włoskiej, meksykańskiej, ale przede wszystkim izraelskiej. Młodzi mieszkańcy Izraela chętnie odwiedzają Macleod Ganj, zostając na krócej lub dłużej. Upper Bhangsu i Dharamkot – wioski niedaleko miasteczka, to dla nich miejsce kultowe. Spotykają się tu z innymi – fanatykami jogi i samorozwoju z całego świata, wspólnie prowadzą najróżniejsze warsztaty lub po prostu żyją – egzystują w swojej niewielkiej, egzotycznej społeczności gdzieś pośrodku Indii.

Macleod Ganj… W Muzeum Tybetu oglądam wystawę poświęconą chińskiej inwazji, uświadamia mi ona wagę problemu. Tysiące Tybetańczyków żyjących na terenie Chin jest represjonowanych i spychanych do miana mniejszości w ich własnym kraju. Odbiera się im wolność słowa, religii i praktykowania własnej kultury. Postępująca sinizacja sprawia, że tybetańskie dziedzictwo powoli zaczyna umierać. Chiny bezmyślnie eksploatują bogactwa naturalne Tybetu – niszczą przyrodę wpływając na zmiany w ekosystemie całej Azji. Kopalnie przyczyniają się do wzrostu zanieczyszczenia powietrza i wody, olbrzymie tamy zmieniają przepływ rzek, topnieją lodowce.

Problem Tybetu to już nie tylko problem tybetańskiej ludności, małego narodu najechanego przez wielką potęgę. To także problem ekologów całego świata, problem na skalę międzynarodową, dla którego nikt nie widzi sensownego rozwiązania. Stany Zjednoczone, Europa, cały świat – mają ważniejsze sprawy, co jakiś czas w mediach pojawiają się informacje o łamaniu praw człowieka w Tybecie – zdarza się to jednak coraz rzadziej, zazwyczaj w przypadku wielkich wydarzeń, jak igrzyska olimpijskie w Pekinie w 2008 roku. Co ciekawe w 2022 roku w Pekinie ponownie odbędzie się olimpiada, tym razem zimowa. Czy w świadomości społecznej po raz kolejny uobecni się wtedy problem Tybetu?

Zakończę krótką tybetańską bajką, którą usłyszałam właśnie tu, w Macleod Ganj.

Dawno temu żył pewien bardzo bogaty, ale bardzo skąpy król. Minister na dworze tego króla był człowiekiem prawym i chciał wynagrodzić dworzanom trud służby bogatemu, skąpemu władcy. Postanowił zabić świnię i urządzić wielką ucztę. Wiedział jednak, że król nie zgodzi się oddać w tym celu prosięcia ze swojej trzody. Minister udał się więc do chlewu i otruł jedną ze świń, a królowi powiedział, ze padła ona w skutek choroby. Król nakazał sprzedać zwierzę na targu, jednak minister zdążył już rozpuścić w mieście plotkę, że władca sprzedaje zarażone zwierzę. Świni nikt nie kupił, król więc nakazał ministrowi pozbyć się jej w dowolny sposób. Tak oto minister zyskał prosię i wyprawił wielką ucztę dla wszystkich dworzan. Morał z tej bajki taki, że w życiu należy posługiwać się zarówno miłosierdziem, jak i mądrością. Tylko taka kombinacja cech pozwoli nam osiągnąć cel.

Koniec bajki i bomba, kto nie posłuchał ten trąba.