facebook:
DSC_0051

2017-06-08 3 min to read

W podziękowaniu – ludzie nadwrażliwi potrzebują oparcia

Category : Rozmaite

Wczoraj po powrocie z pracy zmęczona rzuciłam się na kanapę z postanowieniem skończenia książki Pawlikowskiej, którą zaczęłam czytać poprzedniego dnia. Moje święte prawo, bo chociaż zmiana akurat była krótka, to biegania całkiem sporo no i musiałam wstać o piątej rano. Tak więc przebrałam się w pidżamę i rzuciłam na kanapę, a wszystko byłoby świetnie, gdyby nie to, że mój chłopak dostał akurat maniakalnego przypływu energii i zaczął zajmować się wszystkim w domu, co zmęczeni pracą odkładaliśmy na później już od przeszło tygodnia.

Najpierw w samochodzie zamontował nowy akumulator, następnie skosił trawnik, powyrzucał z grządki z kwiatkami chwasty, a potem przeniósł się ze swoim nadmiarem energii do środka. Niby ok – ja leżę na kanapie i czytam ubrana we flanelowe spodnie w kratkę, białą koszulkę i szlafrok, a Virgil naprawia stolik, od którego odpadła noga. Totalna symbioza, gdyby nie to, że w pewnym momencie słyszę:
– Ubierz się, denerwujesz mnie.
– Ubiorę się, kiedy będę miała na to ochotę. – odpowiadam spoglądając spod byka i wracam do książki.
Po pięciu minutach Virgil zapuszcza odkurzacz i dawaj z tym odkurzaczem dookoła mnie, co jakiś czas patrząc z wyrzutem.
– O co ci kuźwa chodzi?! – myślę sobie, aż w końcu nie wytrzymuję i zamykam się w drugim pokoju, gdzie włączam muzykę i zaczynam ćwiczyć.

Teraz to mnie rozsadza nadmiar energii, złości i (skąd się bierze – nie wiem) nienawiści do samej siebie. Czuję się obrzydliwie. Ćwiczenia nie pomagają. Po piętnastu minutach rezygnuję i otwieram drzwi. Virgil jest teraz w sypialni, zmęczony leży na łóżku. Rzucam się na niego i zaczynam krzyczeć.
– Nienawidzę cię, nienawidzę cię, to wszystko Twoja wina! – po takim wstępie mój chłopak patrzy na mnie z osłupieniem.
– Co się dzieje? – pyta, a ja zaczynam płakać.
– Czuję się obrzydliwie. – mówię. – Wcześniej spojrzałeś na mnie z takim wyrzutem, jakbym była jakimś małym, leniwym, śmierdzącym trollem. Czuję się okropnie. – mówię i teraz już ryczę na całego.
– Ja nic nie zrobiłem, to tylko Twoja wyobraźnia. – mówi Virgil spokojnie.
Tak wiem – to prawdopodobnie moja wyobraźnia, już nie jestem wściekła. Czuję się winna. Czuję się nic nie warta, wzbiera we mnie jeszcze większa nienawiść, rozsadza mnie wstręt. Myślę sobie, że pewnego dnia Virgil ode mnie odejdzie, bo nie jestem taka, jaka chciałabym być, nie jestem chodzącym ideałem. Wyję z bólu i gryzę własne knykcie – negatywna energia musi znaleźć jakieś ujście.
– Już wszystko ok, nie martw się. – uspokaja mnie V. głaszcząc po głowie. Ja wyję jeszcze głośniej, a on zaczyna się śmiać.

– No już, już. – mówi, teraz i ja śmieję się histerycznie. Od tej chwili na przemian śmieję się i ryczę, leżę na nim nos wycierając w jego rozciągnięty podkoszulek. V. dalej się śmieje.
– Ja wiem, ze Ty raz w tygodniu musisz sobie porządnie popłakać. – mówi do mnie bagatelizując sprawę. Nie, on nie bagatelizuje, po prostu już dobrze mnie zna, doświadczył już kilku takich wybuchów. Wszystko toczy się zazwyczaj tak samo, coś wywołuje odruch, następuje gwałtowna reakcja, wyrzucam z siebie tyle, ile mogę – wszystkiego, co nagromadziło się we mnie w ciągu poprzedniego tygodnia, a następnie wyczerpana zazwyczaj zasypiam. Nie wiem, skąd bierze się we mnie to, co odczuwam – złość, frustracja, desperacja, smutek, nostalgia, wiem tylko, że one tam są i moje ciało (może dusza?) raz na czas musi się opróżnić, tak samo jak ja opróżniam kosz w moim komputerze, do którego spływają niechciane zapiski. Gdyby nie to wyrzucanie z siebie eksplodowałabym. Nie mam żadnego racjonalnego powodu, żeby robić to, co robię i czuć to, co czuję. Po prostu taka jestem – co chwila wpadam w emocjonalne haje. Dobrze mieć wtedy przy sobie kogoś, kogo to nie przeraża, kto mnie przytula i pozwala wysmarkać się w swoją starą koszulkę. Dziękuję.