facebook:
Isle of Skye, Isle Ornsay, wybrzeże

2017-05-12 5 min to read

Ze Skye do Polski i lista rzeczy „only in Poland”

Category : Isle of Skye, Życie w Szkocji

Po ponad pół roku nieobecności przyszedł czas na ponowne odwiedziny w kraju… Oczywiście podróż do Polski z wyspy Skye ani do łatwych, ani do krótkich nie należy. Tak więc we wtorek o ósmej rano na przystani w Armadale czekałam na prom, który zabrać mnie miał na tzw. „mainland” (jeżeli o mainland w przypadku wyspy – Wielka Brytania jest w końcu przecież wyspą – w ogóle może być mowa), skąd wyruszyć miałam do Glasgow, a następnie na lotnisko.

Z pokładu niewielkiego statku najpierw obserwowałam jak oddalaliśmy się od Sleat (południowy półwysep Skye), który pomimo niekwestionowanego uroku od strony morza nie prezentował się zbyt okazale. Następnie zaczęliśmy zbliżać się do Mallaig, jednak zanim to nastąpiło udało mi się zobaczyć w wodzie kilka delfinów. Na horyzoncie góry przebijały się przez rozświetloną porannym słońcem mgłę.

Mallaig jest typowym brytyjskim miasteczkiem portowym, co dla mnie osobiście czyni je w jakiś sposób fascynującym. Białe domy jednorodzinne odznaczają się na tle szarych skał pokrytych najzieleńszą (niestety jedynie późną wiosną i latem) na świecie trawą. Przez ostatnie dziesięciolecia miejscowość stała się jedną z atrakcji turystycznych zachodniego wybrzeża Szkocji, rozwinęły się więc tutaj hotele i pojawiło się kilka restauracji, jednak główne uliczki i ich szare, kamienne zabudowania pozostały niezmienione. Sam port nadal jest jednym z największych tego typu ośrodków w tym regionie, przez co Mallaig słynie również ze świeżych ryb i owoców morza. Co ciekawe dawniej to niewielkie miasto było największym europejskim miejscem połowowym śledzi.

Śniadanie zjadłam w typowo szkockiej jadłodajni urządzonej w starym stylu (podobnej do stołówek w niektórych community center w Edynburgu). Miejsce nazywało się Mission cafe i pełno w nim było starszych ludzi. Stoły, przy których stały plastikowe, ciemnobrązowe krzesła, pokrywała cerata, a kuchnia poza kiloma „nowościami” serwowała „rolle” (bułki wypełnione zazwyczaj czymś niezwykle tłustym). Swoją drogą, kiedy wstało się wcześnie rano i nie ma się energii na długą podróż, nic nie służy człowiekowi lepiej niż taki bacon roll.

W pociągu pełno było głośnych Amerykanów zadających najbardziej bezsensowne z mozliwych pytań w stylu: „Po której stronie powinnam usiąść, żeby zobaczyć najlepsze widoki?”.
– No cóż, rozpoczął się sezon turystyczny. – pomyślałam.
Muszę jednak przyznać, że krajobrazy za oknem w drodze z Mallaig do Glasgow rzeczywiście zachwycają. Góry, jeziora, wrzosowiska, Ben Newis (najwyższy szczyt Wielkiej Brytanii!) i maleńkie, urocze stacyjki z kolorowymi dachami znajdujące się pośrodku niczego. Będąc w Szkocji warto w tę bajkową podróż wybrać się chociaż raz 🙂

Samo Glasgow nigdy nie wydawało mi się zbytnio przyjazne, ale dotychczas nie potrafiłam określić dlaczego. Na Queen Street Station spotkałam się z koleżanką i udałyśmy się prosto do centrum pełnego sklepów i coffe shop’ów.
– Wszystkie budynki tutaj są ogromne i przytłaczające. – powiedziała Inez.
– Rzeczywiście. – pomyślałam spoglądając na klocowate kamienice. (Mam nadzieję że Polacy mieszkający w Glasgow się nie obrażą i nie obrzucą mnie kamieniami przy następnej wizycie 🙂 ).

W Polsce tym razem udałam się nie do Krakowa, ale w moje rodzinne strony po to, żeby odwiedzić rodziców. Wychowałam się w Strzelcach Opolskich, niewielkim miasteczku pod Opolem, ale obecnie moja rodzina mieszka w Nysie – nieco większej miejscowości, posiadającej jednak wszystkie cechy charakterystyczne regionu. Od dwóch dni w głowie sporządzam listę rzeczy, które zobaczyć można tylko w naszym kraju i których chcąc nie chcąc w jakiś pokrętny sposób brakuje mi na obczyźnie. Z przymrużeniem oka oto one (mowa oczywiście wyłącznie o elementach małomiasteczkowych):

– parki !!!!! – Każdy kto mieszka w Wielkiej Brytanii wie, że Brytyjczycy mają nieco inną od polskiej definicję miejskich parków. Przy całym uroku zielonych trawników brakuje mi w Szkocji starych drzew. W przypadku Skye oraz Highlands – wrzosowiska, ogromne połacie wolnej przestrzeni i morze prezentują się przepięknie, nigdzie jednak nie czuję się bardziej jak na swoim miejscu niż w zwykłym miejskim parku :),
– pola rzepaku – tak, dokładnie, o tej porze roku opolszczyzna pokrywa się pięknym, żółtym kolorem,
– bary mleczne (bez komentarza:) ),
– budki z kurczakiem z rożna (made only in Poland),
– obrotowe, metalowe wejścia do małych supermarketów (mowa o tych niewielkich, irytujących brameczkach wewnątrz sklepu, koło kas, nie ma ich w Wielkiej Brytanii czy tylko mi się wydaje?),
– warzywniaki, małe sklepy mięsne lub rybne i niewielkie, prowincjonalne supermarkety – innymi słowy zakupy na małą skalę ;),
– ekspedienta w sklepie kosmetycznym, która stoi przy półkach i rozmawia z koleżanką, a zapytana o cenę produktu odburkuje : „To se sama musi pani sprawdzić w kasie” (znów – only in Poland!),
– lekarze zapisujący pacjentom leki, których nie można dostać w żadnej aptece (true story! 🙂 ),
– małe i tanie sklepy odzieżowe, w których naprawdę nic nie ma,
– małe i drogie sklepy odzieżowe, w których jest wszystko, ale nie na moją kieszeń 😉
– produkty spożywcze (każdy emigrant ma swoje ulubione, do moich należą np. twaróg, polski sernik, kabanosy),
– bzy i mlecze !!! (W Wielkiej Brytanii chyba nikt nie zaśpiewałby „dmuchawce, latawce, wiatr (…)”.

Powyższą listę pewnie nadal będę rozwijać 🙂 Oczywiście w Krakowie moja perspektywa natychmiast się zmieni – tam poczuję, jak bardzo na Skye brakuje mi tańca, uliczek z kawiarniami, sklepów z książkami, muzeów, teatrów, kin itp.itd., nastąpi to jednak dopiero w przyszłym tygodniu. Jak to się mówi – I will keep you guys posted.