facebook:
Laos

2017-04-10 4 min to read

Laos Północny – próba sił

Category : Azja południowo-wschodnia

Laos stanowił dla mnie przede wszystkim próbę sił. Od prawie czterech miesięcy byłam w ciągłej podróży. W hostelowych pokojach zaczął mi doskwierać brak prywatności. Przestałam nawiązywać rozmowy, marzyłam tylko o tym, żeby tymczasowi współlokatorzy zostawili mnie w spokoju. Ciało, zmęczone godzinami spędzonymi w autobusach, kolejkach przygranicznych i samolotach, odmawiało posłuszeństwa. Ciągle chciało mi się spać, zostało jednak tak niewiele czasu i wiedziałam, że muszę się zdobyć na jeszcze odrobinę wysiłku. Chciałam, bardzo chciałam, przejechać przez Laos.

Pisałam już o tym, że w Luang Prabang wypożyczyłam motocykl i wyruszyłam na północ, trasą wiodącą przez Nong Khiav, Muang Xai, Louang Namtha, z powrotem Muang Xai i Pakbeng, gdzie wreszcie wpakowałam motor na tzw. slow boat, żeby wzdłuż Mekongu wrócić do punktu wyjścia. Wyzwanie stanowiło prowadzenie motoru z dodatkowym pasażerem i dużym plecakiem na tylnym siedzeniu (przez pierwszą połowę trasy towarzyszył mi Clement, znajomy z Bordeaux, którego po sześciu latach spotkałam ponownie w Azji). Czekało na mnie około 1000 km, jednak drogi wybudowane przez Chińczyków okazały się niekiepskie, a krajobrazy wręcz zjawiskowe.

W Nong Khiav po raz pierwszy spróbowałam Lao-Lao – ryżowej, lekko słodkawej whisky. Połączona z podwójnym koktajlem po całym dniu jazdy stanowiła mieszankę wybuchową. Rano na śniadanie zeszłam z lekkim bólem głowy, którego nie poprawił fakt, że na posiłek czekałam wyjątkowo długo.

– These are Lao people, they are lazy, you need to press them a little. – powiedziała do mnie z uśmiechem pewna starsza Francuzka.

Pamiętam, że początkowo uznałam to za obraźliwe i rasistowskie, po pewnym czasie jednak złapałam się na refleksji nad tym, ile w jej słowach było prawdy.

Jungle trek w okolicach Luang Namtha stanowił jedno z ostatnich wyzwań tej podróży. Sama trasa, mimo iż prowadząca po przepięknym górzystym terenie, nie była trudna, to ja zwyczajnie zaniemogłam już kilka dni wcześniej ze zmęczenia. Tuż przed lunchem przewodnik ściął maczetą jedno z wysokich drzew bananowych. Jadalny kwiat zabrał ze sobą, a liści użyliśmy jako prowizorycznych talerzy. Palcami zajadaliśmy rozłożone na nich noodle, kurczaka i warzywa. Na naszej drodze ścięte bananowce pojawiły się jeszcze kilka razy.

– Jaka szkoda. – powiedziałam. – Pozbawiać całe wielkie drzewo życia dla kilku liści i jednego kwiatu. – Potem jednak dowiedziałam się, że bananowce odrastają od miejsca, w którym zostały ścięte i jest to jeden z cudów dżungli – perpetuum mobile.

Wrażenie zrobił na mnie wysoki, bambusowy las. Puste w śroku łodygi trzeszczały na wietrze, a połamane badyle wisiały nam nad głowami. Po całym dniu trekingu mój biały T-shirt zabarwił się na żółto od potu. Wielką ulgą było zanurzyć się wieczorem w czarnym nurcie rzeki przecinającej szeroką wstęgą las.

Z Luang Namtha udałam się do Pakbeng, niewielkiego miasteczka będącego nocnym przystankiem podczas podróży łodzią pomiędzy tajską granicą a Luang Prabang. Gubiąc się pod koniec drogi zboczyłam na stację benzynową, żeby zapytać, dokąd powinnam jechać dalej. Słysząc pytanie: „City?” nie mogłam się nie uśmiechnąć, bo w Laosie spotyka się raczej nieco większe wioseczki, ale z pewnością nie miasta.

W Pakbeng większość ludzi spędza zaledwie jedną noc, a szkoda, bo okolica jest górzysta i naprawdę przepiękna. Zauważyli to inwestorzy, w pobliżu powstaje już ogromny, luksusowy kurort. Być może za kilka lat będzie to kolejna miejscowość turystyczna, póki co jednak życie toczy się tutaj powoli. Fascynująco jest obserwować, jak miasteczko zamiera i pustoszeje w ciągu dnia tylko po to, żeby znowu ożywić się w nocy, kiedy do portu przybiją łodzie wiozące pasażerów.

W regionie uprawia się drzewa bananowe. W okolicznych wioskach domy buduje się z drewna lub nawet bambusów i liści palmowych. W przeciwieństwie do większości terenów Wietnamu i Tajlandii, tutaj ludzie nadal żyją w bardzo prostych warunkach. Kobiety obnażają swoje ciała myjąc się w przydrożnych studniach, ludzie mieszkają w towarzystwie zwierząt, czasami nawet załatwiają swoje ‚potrzeby’ w lesie. Dzieciaki pluskają się w rzece obok matek robiących pranie przy użyciu olbrzymich kijów. Życie płynie spokojnie, dopóki nie nadejdzie pora deszczowa – wtedy wszyscy zerwą się do pracy przy zbiorach ryżu.

Wiele nauczyłam się w Laosie. Poznałam, gdzie przebiega linia graniczna mojej własnej strefy komfortu i na ile mogę ją nagiąć. Obserwowałam życie proste i pozbawione wszelkich zbędnych wygód. Słuchałam historii o tym, jak to było dawniej, co się zmieniło i w którym kierunku podąża teraz ten azjatycki kraj. Mam nadzieję, że zebrane lekcje zostaną w głowie na długo. Wiem, że do Laosu jeszcze wrócę.