facebook:
krajobraz w Kampot

2017-03-06 3 min to read

Kampot pieprzem pachnący

Category : Azja południowo-wschodnia

W Kambodży duma z majestatycznej przeszłości królestwa Angkoru zderza się z nie do końca jeszcze wyleczoną traumą, pozostałością po reżimie Czerwonych Khmerów. To kraj kontrastów – różnice społeczne pomiędzy bogatymi (zazwyczaj mieszkającymi w miastach) i biednymi mieszkańcami wiosek są ogromne. W krwi tutejszych ludzi obok pamięci dawnego splendoru kraju płynie strach przed przyszłością. Angkor Wat widoczny jest wszędzie – na narodowej fladze, puszkach z piwem, papierosach i w nazwach hoteli. Z drugiej jednak strony, jak udało mi się dowiedzieć, farmerzy wciąż obawiają się nowości – wprowadzania nowych upraw i metod, które mogłyby pomóc im wygrzebać się z biedy.

Tylko 20% populacji Kambodży mieszka w miastach, gdzie mnożą się „zachodnie biznesy”. Większość hoteli i restauracji prowadzona jest przez Australijczyków, Francuzów lub Amerykanów. Po pewnym czasie obcokrajowcy uczą się, jak radzić sobie ze skorumpowaną policją. Większość z nich z lokalnymi Khmerami żyje w symbiozie – tworzą w końcu nowe miejsca pracy, często pomagając w nauce angielskiego, prowadząc działalność społeczną i nauczając samowystarczalności. „Sustainability” to słowo osiąga niezwykłą popularność w Kambodży. Jest szansa, że nowe podejście do życia za jakiś czas zacznie rozprzestrzeniać się poza ośrodki turystyczne, a kraj Khmerów stanie się liderem jeżeli chodzi o czystość i ekologię w krajach Azji Południowo-Wschodniej.


Kampot, gdzie spędziłam mniej więcej dwa tygodnie, słynie z upraw wysokiej jakości pieprzu i pól soli. Krajobraz charakteryzują rozległe pola ryżowe, szare o tej porze roku (przy braku deszczu ziemia wyschła na wiór), wysokie palmy kokosowe, plantacje papai i widoczne na horyzoncie góry Bokor. Samo miasto położone jest nad rzeką, wokół której rozlewa się sieć mniejszych i większych kanałów. Podróż kajakiem wśród zielonych palm wodnych i lasów namorzynowych wokół Kampotu jest niezapomnianym przeżyciem. Może się nawet zdarzyć, że zobaczymy sowę siedzącą na palmie (!) 🙂


W Kampocie Khmerzy żyją w sąsiedztwie czamskiej mniejszości etnicznej. Wioski Czamów charakteryzują strzeliste meczety i kobiety noszące hidżab. Zatrzymałam się poza miastem, w miejscu o nazwie Ganesha, gdzie wieczorem mogę oglądać gwiazdy i podglądać świetliki fruwające w ogrodzie, a w ciągu dnia docierają do mnie rozmaite dźwięki – śpiew muezinów z meczetu, buddyjskie modlitwy z pobliskiej świątyni i khmerska muzyka. Drogi dookoła domu gościnnego są pomarańczowe i pełne kurzu, na motocykl nie wsiadam zanim nie obwiążę sobie twarzy chustką, w przeciwnym wypadku podczas jazdy nie mogę oddychać.


W wioskach domy tradycyjnie buduje się na palach. To praktyczne rozwiązanie zwiększa przestrzeń będącą do dyspozycji rodziny, ale także daje jakże potrzebny przy gorącym klimacie cień. Świątynie w Kambodży podobają mi się znacznie bardziej od tych w Tajlandii, skromniejsze na zewnątrz, w środku z kolei pomalowane na miliony kolorów. Dziwnie podróżuje mi się po tym kraju, wciąż mając w głowie świadomość, że pomimo uśmiechów na twarzach jego mieszkańców, większość z nich często żyje w skrajnej biedzie (w zasadzie niedostrzegalnej dla turysty). Dzieciaki opuszczają zajęcia w szkole, jeżeli ich rodziców nie stać na drobne opłaty pobierane przez nauczycieli. Dziewczynki bywają sprzedawane do domów publicznych. Mimo, iż są to rzeczy praktycznie niewidoczne w miejscach turystycznych, każdy podróżnik powinien zachować pełną świadomość przekraczając granicę Kambodży. Świadomość tego, jak dużym szczęściem jest pochodzić ze świata uprzywilejowanych.