facebook:
DSC_0064

2017-03-17 7 min to read

Czego nauczyła mnie Azja Południowo-Wschodnia

Category : Azja południowo-wschodnia

Wielkimi krokami zbliża się koniec podróży po Azji. Była to pierwsza (aczkolwiek nie ostatnia!) moja kilkumiesięczna wyprawa poza Europę. Wkroczyłam w świat innej kultury, odmiennych zwyczajów i podejścia do życia. Zrobiłam to (mam nadzieję) z „otwartym umysłem” oraz notatnikiem. Przez ponad cztery miesiące przemieszczałam się z miejsca na miejsce, obserwowałam i rozmawiałam z ludźmi (chociaż czasami niezbyt chętnie). Po raz pierwszy spędziłam również wiele czasu z dziećmi, pomagając w nauczaniu języka angielskiego. Dowiedziałam się, czym jest moringa i znalazłam się na farmie, na której moim zadaniem było dbanie o te niezwykłe drzewka. Dzieliłam pokoje z setkami innych podróżników. Przemierzyłam tysiące kilometrów wsiadając w niezliczoną ilość autobusów, pociągów, w pewnym momencie z braku czasu również samolotów. Mam kilkanaście pieczątek w moim dziewiczym wcześniej paszporcie i jestem bogatsza o nowe doświadczenia.

„Podróże kształcą” – mówiło się od zawsze. Tak więc, czego nauczyłam się tym razem? Oto kilka przykładów:

MOTOCYKLE SĄ FAJNE 🙂

Jestem osobą, która prawojazdy zrobiła w wieku lat osiemnastu, po raz ostatni samochód swojego ojca prowadziła w wieku lat dziewiętnastu, następnie nigdy więcej nie siedziała za kółkiem (pomijając jeden przypadek na Teneryfie, który właściwie przyprawił mnie o atak paniki). Boję się, zwyczajnie boję się prowadzić! Sprawa jednak wygląda zupełnie inaczej z motocyklami !

Nie potrafię opisać przyjemności, jaką daje mi przemierzanie kolejnych kilometrów na dwóch kółkach i podziwianie przepięknych bądź przeciekawych (przynajmniej tu w Azji) krajobrazów. Gdybym nie zdecydowała się nauczyć prowadzić motocykl, nigdy nie udałoby mi się dotrzeć tam, gdzie dotarłam i zobaczyć połowy z rzeczy, które zobaczyłam. Przełamałam strach – przejeżdżając wietnamską autostradę przy koszmarnych warunkach pogodowych, prowadząc we mgle, prowadząc na bitych, pomarańczowych, pełnych dziur i pułapek drogach Kambodży, jeżdżąc po górach, mierząc się z ciężarówkami (kierowcy których wcale nie ułatwiają ci tu w Azji sprawy!) i przemieszczając się o 300 km w ciągu jednego dnia. Zwyczajnie jestem z siebie dumna 🙂

ZEN

Azja Południowo-Wschodnia to zderzenie ze specyficzną kulturą. Sprawy toczą się tutaj po swojemu i często łapiesz się na tym, że nie masz żadnego wpływu na przebieg wypadków. A skoro tak, po co więc poddawać się negatywnym emocjom? Zwłaszcza, jeżeli szybko przekonasz się, że twój gniew i tak nie może nic zmienić?

Tajskie „chai yen yen” tłumaczone czasami jako „take it easy” doskonale określa tutejsze nastawienie do życia. Zarówno w Tajlandii, jak i Kambodży czy Laosie unoszenie się gniewem jest równoznaczne z utratą twarzy i nie przynosi żadnych wymiernych korzyści. Możesz krzyczeć ile chcesz i tak nie przyspieszy to opóźnionego autobusu lub powolnego kelnera. Twoje emocje przyniosą wyłącznie szkodę i to w dodatku tylko tobie. Nauczyłam się, że tkwiąc na granicy lub mierząc się z absurdalną biurokracją, stojąc w kolejkach, czekając godzinę na zamówione śniadanie, nie mogąc dostać się na miejsce odjazdu autobusu lub na lotnisko itp. najlepiej zachować względny spokój i poddać się sytuacji. Stres w niczym nie pomoże, a w dodatku powoduje zmarszczki.

WGŁĄB SIEBIE

Podróż ta pozwoliła mi lepiej poznać samą siebie. Dowiedziałam się, w jakich sytuacjach czuję się źle i jak mocno mogę nagiąć własną strefę komfortu. Poznałam lepiej moje ciało – w wielu momentach mocno je forsując. Nauczyłam się dbać o siebie, poszukiwać dobrego balansu pomiędzy przygodą, wypoczynkiem, towarzystwem i samotnością. Przekonałam się, ze nic się nie stanie, jeżeli czasami „odpuszczę”, zobaczenie i doświadczenie wszystkiego graniczy z niemożliwością.

Wiem już, że nie należę do typowych backpackerów, podczas mojej podróży tzw. „party miejscówki” omijałam z daleka. Potrzebuję dużo spokoju, a jeżeli już rozmów to odrobinę głębszych. Nudzą mnie historie innych podróżników i pytania w stylu „Skąd jesteś?” i „Gdzie wcześniej byłaś?”. Lubię, jeżeli kontakt z ludźmi wytwarza wspólnotę, dlatego do najlepszych doświadczeń z tej wyprawy należą wolontariaty, w których uczestniczyłam. Bywam antyspołeczna (nawet często), ale nie widzę już w życiu powodów, żeby się do czegokolwiek zmuszać. Najbardziej cieszy mnie obserwacja i dowiadywanie się nowych rzeczy, które potem mogę zapisać w zeszycie.

WYZWANIA

Potrzebuję większych wyzwań. Po Azji Południowo-Wschodniej podróżuje się dosyć łatwo. Turystyka jest tutaj na tyle mocno rozwinięta, że samotny podróżnik może sobie bez problemu poradzić. Dodatkowo postępująca westernizacja sprawia, że w miejscach turystycznych praktycznie wszystko jest łatwo dostępne, a tutejsi ludzie znają przynajmniej podstawy angielskiego. Dotyczy to bardziej Tajlandii i Kambodży, mniej natomiast Laosu i Wietnamu, jednak nawet w przypadku tych ostatnich, nigdy nie było źle. Owszem autobusy nie zawsze były wygodne i tak, zdarzało się, że ludzie dookoła robili mi ukradkiem zdjęcia, mimo wszystko nigdy nie miałam z niczym najmniejszych tarapatów.

PROSTOTA MOŻE BYĆ BŁOGOSŁAWIEŃSTWEM czyli może pora zacząć dążyć do minimalizmu?

Mieszkańcy wielu wiosek, które odwiedziłam, żyją w drewnianych domach o dachach z liści palmowych, wykorzystują wszystkie dostępne w otoczeniu zasoby – drewno bambusowe, trzcinę, banany, przyprawy, ryby rzeczne, a nawet szczury leśne (Laos) i planują czas zgodnie z cyklem natury. Jest dzień, kiedy wstaje się o świcie i noc, kiedy wcześnie kładzie się spać, chyba, ze akurat pije się z przyjaciółmi. Jest pora deszczowa – czas zbiorów, kiedy ciężko pracuje się w polu i pora sucha – czas odpoczynku i lenistwa. Nie ma komputerów ani tabletów (chociaż dotarły tu już smartfony), nie ma Internetu (ale owszem, jest telewizja). Człowiekowi nie potrzeba wiele, żeby żyć szczęśliwie. Wystarczy dach nad głową, pole, kilka zwierząt, jako-taki status majątkowy, żeby nie było głodu i może jeszcze motocykl. Dzieciaki pomagają rodzicom w gospodarstwie, a w wolnym czasie razem bawią się lub pływają w rzece. Ludzie nadal tworzą prawdziwe wspólnoty, a czas płynie powoli. To te wspólnoty i obecne tu silne więzy rodzinne, sąsiedzkie czy plemienne są własnie najbardziej imponujące. Jasne, nie da się cofnać czasu i oczywiście, wychowana w zachodniej kulturze, nie wyobrażam sobie życia bez wielu wygód współczesnego świata, ale nauczyłam się, że mogę te wygody znacznie ograniczyć i może to być pieknym doświadczeniem.

BYĆ ECO-FRIENDLY

Nigdy nie miałam specjalnego „fioła” na punkcie ekologii. Jasne, staram się nie śmiecić naokoło siebie, ale nadal używam plastikowych butelek, to czy segreguję śmieci zależy od tego, gdzie się akurat znajduję, papierowe torby na zakupy uważam za niepraktyczne, a materiałowe gubię, więc często biorę to, co akurat podsuną mi przy kasie itp… Mogłabym długo wymieniać. Podróżowanie po Azji Południowo-Wschodniej uświadomiło mi, jak ważny jest szacunek dla środowiska. Widziałam sterty śmieci, plastiku i worków foliowych panoszące się przy drogach, stosy szklanych butelek zalegających w lasach, odpady wyrzucane na plaże przez ocean. Tak – kraje azjatyckie są przeludnione, więcej ludzi = więcej śmieci. Owszem, w państwach trzeciego świata świadomość ekologii praktycznie nie istnieje, a zmiana mentalności ludzi zajmie pewnie dziesiątki lat (przy staraniach wielu organizacji pozarządowych). Jednak każdy z nas może być turystą świadomym. Zakupiony przez nas na targu przedmiot nie musi być zapakowany w nową torebkę foliową, butelki z wodą można napełnić od nowa zamiast wyrzucować i kupować kolejne (a to tylko kilka przykładów). Ja wiem, że to, co tutaj zobaczyłam (przepiękne krajobrazy zniszczone przez sterty śmieci) zabiorę ze sobą do Europy i postaram się przynajmniej odrobinę zmienić swoje postępowanie. Cegiełka do cegiełki.

Wymieniłam rzeczy, które przychodzą mi do głowy jako pierwsze. Pewnie znalazłoby się tego znacznie więcej, być może za jakiś czas powstanie kolejny wpis. Podróżę kształcą, w taki czy inny sposób. Jestem tego pewna.