facebook:
red road

2017-02-25 6 min to read

Red Road Foundation

Category : Azja południowo-wschodnia

Czasami w ciągu kilku dni spędzonych w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie zbliżymy się do ludzi i poczujemy atmosferę kraju bardziej niż w ciągu tygodni przemieszczania się z miejsca na miejsce, zwiedzania i obserwacji.

Tydzień upłynął mi w drewnianej chatce na prowincji 30 km od Kampot, gdzie znalazłam się wraz z grupką wolontariuszy, która zdecydowała się wesprzeć projekt Red Road Foundation. Nasza pomoc polegać miała głównie na pracy na farmie moringi oraz przerabianiu zużytych szklanych butelek na szklanki, popielniczki i inne rozmaite produkty, które mogą potem zostać odsprzedane do barów i restauracji. W weekendy z kolei pomagaliśmy w nauczaniu dzieciaków z okolicznych wiosek języka angielskiego.

Z Ellie i Nathanem, którzy mieli nam pomóc dotrzeć tam, gdzie umiejscowiono projekt, spotkaliśmy się w jednej z lokalnych kawiarni w mieście. Kilka słów wstępnych, szybkie śniadanie i już wsiadaliśmy na motocykle wyruszając w trasę. Na farmę prowadziła pomarańczowa, bita droga pełna dziur i wybojów. Punktem kulminacyjnym jazdy było przekoczenie drewnianego mostu znajdującego się prawie dosłownie na granicy rozpadu. Po kilku chwilach znaleźliśmy się na niewielkiej plantacji i przywitaliśmy nasz nowy tymczasowy dom – drewnianą chatę na palach,o ścianach wewnętrznych zrobionych z bambusa i dachu z wysuszonej trzciny. Wtedy Ellie opowiedziała nam nieco więcej o idei projektu:

– Rachel (założycielka) współpracowała wcześniej z wieloma organizacjami proekologicznymi w Stanach. W pewnym momencie stwierdziła, że chciałaby wybudować swój własny samowystarczalny dom w Kambodży. Ziemię pomógł jej zakupić jeden z lokalnych Khmerów. Założyła plantację i wybudowała szkołę, gdzie przez trzy godziny dziennie odbywają się lekcje dla dzieciaków, których nie stać na dojeżdżanie do szkoły państwowej lub których rodzice nie mają czasu na to, żeby je tam zabrać. Budynek postawiła używając głównie błotnistej gliny i szklanych butelek zebranych w okolicy. Wszystko na farmie działa na energię sloneczną. Niestety ostatnio jest problem z panelami, bateria nie trzyma energii, także mamy elektryczność tylko w ciągu dnia Rodzina, która mieszka na farmie pomagała Rachel w zakupie ziemi i zasadzeniu drzewek. Wcześniej mieszkali razem z rodzicami Bongda i jego rodzeństwem, trzy rodziny w jednym domu. Rachel tak się z nimi zżyła, że zaproponowała im dom na farmie i pracę.

– Na czym zazwyczaj polega praca wolontariuszy? – zapytałam.
– Zbieramy liście moringi i robimy z nich proszek (moringa powder), który potem jest sprzedawany w Stanach do wyrobu kosmetyków. Mamy kilka barów w Kampot, które zostawiają dla nas puste butelki, odbieramy je i przy pomocy specjalnej maszyny przerabiamy na szklanki i popielniczki, które potem im odsprzedajemy. Jest jeszcze plantacja mango, ale te drzewa nie wymagają od nas zbyt wiele uwagi. Ogólnie możecie sami wymyślać sobie projekty. Kilku wolontariuszy np. próbowało wybudować gliniany piekarnik, ale został zniszczony przez krowy (my spróbowaliśmy ponownie, z pewnym w miarę wymiernym skutkiem).

– A na co wydawane są pieniądze ze sprzedaży moringi i fundusze zebrane przez Rachel za granicą? – drążyłam temat.
– Nauczyciel ze szkoły co miesiąc dostaje pensję, Rachel płaci Bongda za pilnowanie farmy i jest jeszcze cała masa drobnych wydatków. W zeszłym tygodniu stępiły się ostrza w maszynach do cięcia szkła, próbowaliśmy je wymienić, jeździliśmy do miasta szukając właściwych, ale za każdym razem, kiedy wracaliśmy na farmę okazywało się, ze kupiliśmy nie te, co trzeba. W końcu dowiedzieliśmy się, że mamy stare maszyny i takie ostrza bardzo ciężko dostać więc prawdopodobnie będziemy musieli wymienić cały sprzęt, a to są duże pieniądze. Tak samo, jak naprawa paneli słonecznych.

Ellie pokazała nam jeszcze jeden budynek, gdzie znajdowały się stosy niewykorzystanego jeszcze szkła. Tym razem konstrukcja wykonana była głównie z błota i plastiku.
– Rachel, widząc, ze wszędzie w okolicy pełno jest śmieci, zmobilizowała dzieciaki ze szkoły, zeby zbierały plastikowe butelki, wypełniały je folią lub papierami i przynosiły do niej. Za każdą pełną butelkę płaciła im 1000 riel. W ten sposób powstała ta konstrukcja.
– Imponujące. – pomyślałam.

W okresie, kiedy znaleźliśmy się na farmie, nie było tam zbyt wiele pracy. W ciągu tygodnia dwa razy podlewaliśmy drzewka nosząc ręcznie wiadra pełne wody, a kilka popołudni spędziliśmy na szllifowaniu popielniczek. Pozostałą część czasu wypełnialiśmy sobie sami, tworząc projekty z gliny, bawiąc się z dzieciakami i jeżdżąc na kawę do pobliskiej wioski. Fascynujące okazało się obserwowanie życia ludzi z daleka od turystycznego Kampotu. Ciekawie było przesiadywać z rodziną Bongda i ich gośćmi na bambusowej platformie przy domu, popijając piwo i nawiązując proste rozmowy. Pewnego dnia zostaliśmy nawet zaproszeni na uroczystość zorganizowaną w jednym z pobliskich gospodarstw z okazji zakończenia zbiorów.
Proste życie, bez europejskich wygód i rozrywek, dostarczyło nam wszystkim sporo przyjemności, na chwilę przeniosło nas do innego świata. Świata, gdzie dni płyną powoli, czas mierzy się wysokością słońca na horyzoncie, bo po zmroku nie ma zbyt wiele do roboty, świata, gdzie niepotrzebne są wielkie pieniądze, jeśli tylko masz wystarczająco w portfelu, żeby kupić jedzenie na następnych kilka dni. Świata bez Internetu, gdzie jedyną formą rozrywki jest socializacja z innymi.

Kambodża różni się od innych krajów Azji Południowo-Wschodniej, które odwiedziłam do tej pory. Wyróżnia ją przede wszystkim daleko posunięta westernizacja (oczywiście w miejscach turystycznych). Świadomość ekologii jest coraz większa, także wśród miejscowych współżyjących z białymi. Drogi w okolicy Kampot są zakurzone, ale stosunkowo czyste. W hostelach zamiast sprzedawać kolejne plastikowe butelki, pozwala się za darmo napełniać te, zakupione wcześniej, świeżą wodą. Podejrzewam, że w okolicy funkcjonuje przynajmniej kilka projektów, zbliżonych do tego zapoczątkowanego przez Rachel. Edukacja proekologiczna postępuje do przodu. Trudno jest jednak zmienić mentalność Khmerów i ich zwyczaje. Na targu czy w wioskach nadal każdy produkt sprzedawany jest w osobnej plastikowej torebce. Śmieci wyrzuca się po prostu za siebie. W okolicy wysprzątanej rok temu przez Rachel ponownie zaczynają być widoczne plastikowe butelki i papiery. Szkoła funkcjonuje, ale poziom nauczania języka angielskiego jest niezwykle niski, lekcje trudne do przeprowadzenia z powodu różnic wiekowych i zdolności pojawiających się na nich dzieciaków. Struktura nauczania jest źle zorganizowana. Wolontariusze przychodzą i odchodzą, nigdy nie wiadomo ilu pojawi się w kolejnym tygodniu, zwłaszcza jeżeli na farmie akurat nie ma zbyt wiele pracy. Pytanie czy świadczy to o porażce przedsięwzięcia czy o stopniowym, niespiesznym postępie? Osobiście uważam, że istnieją tylko dwie drogi dla podobnych inicjatyw – rozwój lub powolna śmierć. W którym stadium znajduje się Red Road? Tego nie wiem…

Szkoła Red Road Foundation

szkoła Red Road Foundation
dzieciaki z Red Road Foundation