facebook:
koh rong sanloem

2017-02-18 3 min to read

Koh Rong Sanloem – historia pewnej wyspy

Category : Azja południowo-wschodnia

Po siedmiu tygodniach w Wietnamie, stęskniona za słońcem, moją przygodę z Kambodżą postanowiłam rozpocząć od południowego wybrzeża. Nie jestem fanką całonocnego imprezowania, inni backpakerzy coraz częściej mnie denerwują, pieniądze wolę wydawać na dobre jedzenie niż na nadmiar alkoholu, tak więc z Sihanoukville wyruszyłam prosto na wyspy, wybierając Koh Rong Sanloem.

Planowałam dopłynąć do Clearwater Bay, plaży będącej własnością hostelu, w którym się zatrzymałam, ale łodź wysadziła mnie w wiosce rybackiej o nazwie M’Pai Bay. Rzuciło mi się w oczy, jak bardzo „zachodnio” wyglądało to miejsce. Drewniany pomost, hostele przy plaży, bary i hamaki. Chill-out na całego. Przystanęłam w pierwszej lepszej restauracyjce przy molo, obsługiwała mnie dziewczyna z Portland.

– Wygląda na to, że sporo tu obcokrajowców? – zapytałam.

– Mieszka tu nas około 150.

– Wow, a ilu jest na tej wyspie rdzennych Kambodżan?

– Mniej więcej 300. Stanowimy prawie połowę populacji. – powiedziała uśmiechając się. – Ludzie przyjeżdżają, zakochują się w tym miejscu i nie chcą wyjeżdżać. – kontynuowała niepytana. – Budują domy i hostele dosłownie ze wszystkiego, wystarczy znaleźć trochę wolnej przestrzeni. Jeden facet z Australii przyjechał tu mniej więcej rok temu i tak mu się spodobało, że zaczął wypytywać wszystkich „Co trzeba zrobić, żeby wybudować na wyspie hostel?”, powiedzieliśmy mu, że wystarczy zgromadzić trochę materiałów i zacząć. Tak się uparł, że urządził prawie cały hostel z drewna wyłowionego z oceanu. Ludzie wykorzystują tu wszystko – puszki, butelki, palety. (Później dowiedziałam sie, ze tak naprawdę ziemię trzeba wynająć od japońskiego konsorcjum, właściciela wyspy, które oddaje plaże po minimalnych cenach, bo obecnie ich nie potrzebuje).

Najbardziej zaskakuje mnie, w jakiej symbiozie żyją ze sobą przyjezdni i lokalni. Obcokrajowcy zakładają biznesy, zatrudniając przy budowie mieszkańców tutejszej wioski. Lokalsi gotują, zmywają, sprzątają, a jeżeli mówią po angielsku to również pracują w barach. Od białych Khmerzy nauczyli się dbać o środowisko, zbierać puszki, butelki i oczyszczać lokalne plaże.
Myślę, że dziewczynie z Portland chodziło o mój hostel. Nazywa się Driftwood czyli dosłownie dryfujące drewno. Fantastycznie jest zobaczyć, jak ludzie potrafią stworzyć coś z niczego. Przy barze każde krzesło wygląda inaczej – sklecone na poczekaniu przez stolarza improwizatora z tego, co akurat było pod ręką. Dekoracje zrobione są z muszli, sznurków, butelek i puszek. Pomiędzy palami podtrzymującymi konstrukcję drewnianej budowli porozwieszano hamaki. To idealne miejsce dla wszystkich hippie podróżników.

– Tak właśnie wyobrażałem sobie plaże Południowo-Wschodniej Azji. – powiedział mi jeden z mieszkańców drewnianego bungalow przy plaży.
To prawda, biały piasek, lazurowy ocean, rybki muskające stopy, spokój i cisza. Miejsce odgrodzone od świata przez dżunglę, z której czasami wyłażą na plażę małpy. Również miejsce, w którym najchętniej całymi dniami chodziłoby się boso, gdzie dni spędza się na wylegiwaniu się w hamaku i pływaniu w najczystszej na świecie słonej wodzie.

My podróżnicy nie zawsze jesteśmy ostrożni, wieczorem siadamy przy ognisku, dajemy się gryźć komarom i w dziesięć osób popalamy jednego dżojnta.
– Byłaś może na Koh Rong? – zapytał mnie ktoś którejś nocy.
– Nie, słyszałam, że to jedna wielka imprezownia. – odpowiedziałam.
– Byłem tam wczoraj i cieszę się, że tak szybko wyjechałem. Spotkałem tam takiego jednego gościa i zapytałem o Koh Rong Sanloem,  powiedział mi, ze to senna wyspa, na której nic się nie dzieje i nie warto tu przyjeżdżać. A tutaj jest idealnie.

– Oby wyspa, pomimo wszystkich zmian, pozostała senna jak najdłużej. – pomyślałam.