facebook:
HOI AN

2017-01-27 6 min to read

Wietnam środkowy (Hue-Hoi An) – turystyczna rzeczywistość, przekręty, przekręty

Category : Azja południowo-wschodnia

Wietnam zazwyczaj wybierają turyści leniwi, ostrożniejsi, amatorzy historii lub kitesurfingu, ale także backpackerzy i przede wszystkim miłośnicy dwóch kółek. To kraj, w którym podróżować można bardzo tanio, łatwo jednak da się tutaj również i przepuścić fortunę. „W Wietnamie mało kto porusza się off beaten tracks”- czytam na jednym z anglojęzycznych blogów. Prawda – rozwinięta infrastruktura i oferta rozmaitych wycieczek uczyniła z tego państwa o kształcie węża niemalże drugą Tajlandię. Również cenowo obydwa kraje niewiele się od siebie różnią.

Mieszkając w Ha Giang niezwykle łatwo było mi obserwować tak zwane „zwyczajne życie”. Brak wygód, europejskich restauracji, w zamian zakurzone knajpki serwujące wyłącznie pho i banh-mi, w wioskach drewniane domy kryte liśćmi palmowymi, woły na polach i wino ryżowe. W środkowej części kraju ja i mój przyjaciel Virgil wpadliśmy w pułapkę podróżowania ze wszelkimi możliwymi wygodami. Pozwoliliśmy sobie na nieco droższe hotele, miękkie materace, francuskie wino i stoły kryte białymi obrusami. Wszystko to, za czym po dwóch miesiącach zaczynałam już tęsknić – czystość, komfort, klimatyzacja. W pewnym momencie zabrakło jednak autentyzmu. Pojawiły się za to przekręty…

Andrzej Meller w książce „Czołem, nie ma hien” pisał sporo o próbach naciągania turystów przez Wietnamczyków. Na północy przydarzało mi się to rzadko lub wręcz wcale. W Wietnamie środkowym nastąpił zwrot o 180 stopni. W Hue, cesarskim mieście, które warto odwiedzić ze względu na zabytki (nie polecam jednak zwiedzania wszystkich, gdyż jeden podobny jest do drugiego), wybraliśmy się na targ w poszukiwaniu jedzenia. Wietnamek oferujących noodle nie udało nam się odnaleźć, za to zostaliśmy naciągnięci na 12 dolarów, płacąc horrendalną sumę za kilka suszonych owoców… Wietnamczycy osiągają mistrzostwo w kołowaniu zagubionych zwiedzających.

W drodze pomiędzy Hue a Hoi An, (którą przemierzyliśmy na motocyklach), okazało się, że kawa zamiast 25 000 dongów, może kosztować 10 000 lub nawet 5 000, jeżeli z kolei chodzi o wycenę zupki, wszystko zależy od tego, „jak i co komu leży”. Podobnie jest z benzyną. Racjonalnie jest zapłacić za pełny bak około 30 000, nam jednak zdarzało się zapłacić nawet i 100 000. Ważną lekcją, którą przyswoiliśmy sobie dnia drugiego było – najpierw pytaj o cenę, następnie szybko podejmuj decyzję lub odwracaj się do naciągacza plecami.

Hoi An to środkowo-wietnamska mekka dla par i backpackerów. Pełno tu barów, pubów, eleganckich restauracji i sklepów z ubraniami. Miejsce to bywa nazywane miastem krawców. To prawda, za kilkadziesiąt dolarów można tu uszyć dosłownie wszystko. Nas jednak nie skusiły garnitury ani eleganckie sukienki. Pierwszego dnia zachwyciłam się starym miastem – pomalowanymi na żółto kamienicami i ulicami mieniącymi się światłami tysiąca lampionów.
– Tłoczno, turystycznie, ale przeuroczo. – mówiłam. Virgil się jednak ze mną nie zgodził. Drugiego dnia przedyskutowaliśmy sprawę.
– Not my cup of tea. – powiedział człowiek uczylony na uliczne tłumy. – Wszędzie biali ludzie i wysokie ceny. – Co do cen nie mogłam się nie zgodzić, Hoi An to jedno z najdroższych odwiedzonych przeze mnie miejsc w Azji. Nadal jednak bylam pod urokiem japońskiego mostu, łódek płuywających po rzece, a przede wszystkim żywych kolorów. Dopiero trzeciego dnia zaczęłam dostrzegać, co Virgil miał na myśli.

– You buy a tiger balm, you buy a tiger balm! – niosło się po ulicach starówki. Ślepiec bez nogi, okaleczony prawdopodobnie przez jeden z niewybuchów (pozostałości po wojnie wietnamskiej) zaczepiał turystów. Jego przenikliwy głos prześladował mnie do końca wieczoru. Potem było już tylko gorzej.
– Pani kupi świeczkę, świeczkę pani kupi…
– Boat ride, boat ride for you, 100 000 dong – two people. Boat ride, 15 minutes.
– You buy , you buy!
– Przyjacielu, tanio, tanio !
– Food, vietnamese food, western food!
– Free drink, free drink for you my friend!

Hoi An spacer wzdłuż rzeki potrafi zamienić się w wojnę podchodową z ulicznymi naganiaczami. Trzeciego dnia otworzyły mi się oczy, kolory zblakły (być może sprawiło to narzekanie V.). Postanowiliśmy wypić po szklaneczce whisky, tandetna muzyka zagłuszała rozmowy, każde z nas pogrążyło się we własnych myślach.

Wycieczka na plażę również nie okazała się zbyt udana. Wietnam środkowy o tej porze roku (styczeń) spokojnie można nazwać krainą deszczowców. Zdarzają się powodzie (chociaż to raczej w okolicy grudnia), plaże połyka morze, kiedy powoli się cofa wypluwa z siebie całe góry śmieci. Zapewne zostaną wysprzątane przed następnym sezonem, tutejsze lato zaczyna się jednak dopiero od kwietnia.

An Bang beach w zimie pustoszeje, restauracje zioną pustkami. Kiedy już trafi się klient, właściciele sprzedają mu nieświeże owoce morza po bardzo wyskokiej cenie. Każdy próbuje złapać gości jak tylko może i potrafi:
– Tutaj, zaparkujcie wasz motor tutaj.- zapraszało nas kilku pseudo-parkingowych. Nie wiedzieliśmy, że zaparkowanie motoru wiąże się z wizytą w restauracji (Wietnamczycy lubią oferować usługi w pakiecie). Kiedy po krótkim spacerze zdecydowaliśmy się usiąść w knajpce obok (która notabene wyglądała dokładnie tak samo, miejsca przy plaży bowiem stoją jedno obok drugiego i niczym się od siebie nie różnią, poza tym, że w każdym obsługuje inna grupka Wietnamczyków), zaczęto na nas wrzeszczeć.
– Sir, your motorbike here, you eat here.
– Screw them. – pomyśleliśmy i przeparkowaliśmy motory.

Podobna sytuacja spotkała mnie, kiedy po posiłku udałam się do zlewu, żeby umyć ręce. Podeszła do mnie Wietnamka z restauracji obok, wyrzucając z siebie stos pretensji. Okazało się, że umywalka należąca do miejsca, w którym zjadłam znajdowała się obok!
– Udław się swoim rozcieńczonym mydłem. – powiedzialam sama do siebie i wróciłam na miejsce.
Podobnie absurdalne sytuacje przydarzą mi się jeszcze kilka razy w środkowej części Wietnamu.

Virgilowi nie spodobał się ten jakże fascynujący dla mnie kraj.
– To dlatego, że na podróż po Wietnamie masz tylko dwa tygodnie, przez co poruszamy się głównie po miejscach turystycznych. – powiedziałam.
– Miałem po prostu inne wyobrażenia. – odpowiedział. – Ten kraj jets nudny, przeludniony, nigdzie nie ma dzikiej przyrody, krajobraz jest monotonny.
– Wietnam, pomijając północną część kraju, jest państwem nizinnym. Dzikiej przyrody można szukać w Azji w parkach narodowych, ale trudno o nią na prowincji.

Poruszanie się po tej części kraju jest dla mnie nowym doświadczeniem, poznaję Wietnam odmienny od tego, którego doświadczyłam do tej pory. Niekoniecznie jest to przyjemne, inność jednak jest dobra, po raz kolejny wychodzę ze swojej strefy komfortu i uczę się przyjmować rzeczywistość taką, jaką jest. Wkrótce skończy się rozpieszczanie, skończą się noclegi w hotelach, wrócę do hosteli, przekroczę granicę z Kambodżą i ponownie wyruszę na prowincję. Let’s wait what future brings.

  • Wietnam od jakiegoś czasu mamy na swojej liście, ale jako, że my bardziej afrykańscy – to tak sobie na niej leży i czeka. Pewnie z roku na rok będzie tam coraz trudniej o takie miejsca, w których masowa turystyka nie zrobiła swojego. Przydatny tekst i dla nas cenna informacja jak planować trip po Wietnamie, unikając miejsc „top of the top”.