facebook:
dsc_0588

2017-01-02 9 min to read

Noworoczna wietnamska przygoda

Category : Azja południowo-wschodnia

Wigilię 2016 roku planowałam spędzić w Dong Van, na północ od Ha Giang. Jest to górskie centrum turystyczne (na szczęście mniej turystyczne niż Sapa!), oferujące przepiękne widoki i możliwość odwiedzenia wiosek rozmaitych grup etnicznych zamieszkujących ten rejon Wietnamu. Nowy Rok chciałam przywitać w tamtejszym hostelu, popijając wino kukurydziane wraz z innymi backpacker’ami. Jednak jak to w ojczyźnie ryżu często bywa, przypadek i nieznajomość języka pokrzyżowały mi nieco plany…

Wietnamczycy nie obchodzą Nowego Roku w tym samym czasie, co Europejczycy. Ich Tet (chiński nowy rok) jest świętem ruchomym , wyznaczanym według kalendarza księżycowego, tym razem wypadającym prawie miesiąc później (27-28 stycznia). Mimo wszystko pod koniec starego roku oraz 1-2 stycznia szkoły pozostają zamknięte. Nauczyciele z naszego centrum rozjechali się do swoich rodzinnych wiosek i miasteczek, a nam pozostało podróżowanie.

W sobotę o 5 rano wraz z Heleną czekałyśmy na autobus. Ona, zaproszona przez Trung’a, jechała odwiedzić jego rodzinę, ja, jak już wspomniałam, w planach miałam raczej imprezowanie. Autobus zjawił się punktualnie. Kierowca na migi kazał nam obydwu wsiąść do środka. Zapytany przeze mnie o Dong Van pokiwał tylko głową i umiejscowił mój plecak na ostatnim siedzeniu.

– Widocznie z Heleną jedziemy w tym samym kierunku. – stwierdziłam.

Jakaż była moja niespodzianka, kiedy po czterech godzinach jazdy ocknęłam się gdzieś pośrodku niczego i nie pięć (zakładanych pięć godzin podróży z Ha Giang do Dong Van), a dziesięć godzin jazdy od mojego hostelu i planowanej na wieczór „party”.

Tak więc wylądowałam w wiosce jednej z mniejszości etnicznych -Tay, o nazwie Na Rang, znajdującej się na północnym zachodzie kraju, gdzieś w pobliżu głównej drogi wiodącej do Sapa. Samej podróży autobusem nigdy nie zapomnę. Przez pierwsze pół godziny, kiedy kierowca krążył po miasteczku zbierając kolejnych pasażerów, udało mi się trochę zdrzemnąć, jednak później, pomimo poduszki i zatyczek do uszu, w które się zaopatrzyłam, nie mogło być mowy o spaniu.

Autobus na północy Wietnamu to pojazd niewielkich rozmiarów (prawdopodobnie ze względu na szerokość górskich dróżek),który mimo tego jest jednak w stanie przewieźć dosłownie wszystko. W drodze powrotnej, aby znaleźć się na naszych siedzeniach skakałyśmy przez worki ryżu i warzyw poukładane na podłodze, na dachu z kolei linkami przymocowano deski i fragmenty czyiś mebli, przeznaczone do rozładunku w którymś z mijanych przydrożnych miasteczek.
– Autobus może przewozić najróżniejsze rzeczy. – powiedział mi Trung. – Nawet zwierzęta, takie jak kury, psy, kaczki i świnie. Tylko bawoły są zbyt duże, żeby załadować je do środka. – Na szczęście podczas naszej wesołej podróży obyło się bez ptactwa i czworonogów.

Razem z kierowcą w trasę wyrusza zazwyczaj jeden czy dwóch Wietnamczyków odpowiedzialnych za sprzedawanie biletów, rozładunek oraz otwieranie i zamykanie drzwi, które obsługiwane są ręcznie albo nogą, w pewnych momentach pozostają również otwarte – czyżby po to, aby wpuścić do środka odrobinę powietrza? Kiedy po pół godzinie snu otworzyłam oczy, okazało się, że pojazd zapełnił się ludźmi. Dodatkowo z głośników huczały wietnamskie szlagiery wyśpiewywane wyjątkowo wysokim i piskliwym głosem.
– Ciekawie się zapowiada. – pomyślałam, był to bowiem moment, w którym zatyczki do uszu przestały zdawać egzamin.

Autobus na północy Wietnamu to z pewnością nie jest środek lokomocji dla osób ceniących sobie przestrzeń osobistą i prywatność. Nie jest to również dobry wybór dla ludzi o wrażliwych żołądkach. Drogi są wąskie, strome i kręte, dziury sprawiają, że pojazd trzęsie się na wszystkie strony (podejrzewam, że niektóre autobusy, w tym ten, w który wsiadłyśmy, mają dodatkowo zepsute amortyzatory), podróżni chorują. Plus jest taki, że kiedy komuś zbiera się na wymioty, natychmiast zjawia się obsługa pojazdu z plastikowym woreczkiem, minusem natomiast jest to, że kiedy podróżny „zrobi swoje”, woreczek ląduje za oknem, na trawie lub w przydrożnych krzakach. Przestrzeni jest niewiele, Wietnamczycy dosłownie tulą się do siebie i oczywiście do ciebie, jeśli akurat znajdujesz się pomiędzy nimi.

Nie miałam zbytnich chęci na interakcję w języku migowym, tak więc próbowałam udawać, że śpię. Szybko jednak zdałam sobie sprawę, że kobieta siedząca obok mnie niebezpiecznie się do mnie przysuwa. Otworzyłam oczy i okazało się, że stałam się bohaterką selfie z moją osobą w roli głównej. Postanowiłam więc uśmiechnąć się do zdjęcia. Najwyraźniej zostało to odczytane jako zachęta, dziewczyna bowiem zdecydowała się pokazać mi fotografie wszystkich członków swojej rodziny, w tym czwórki dzieci (dla Wietnamczyków rodzina stanowi niezwykle istotną wartość!). Kiedy już przebrnęłyśmy przez stos obrazków na jej i-phonie (!), a ja wyrzuciłam z siebie akuratną dawkę niezrozumiałych dla niej komplementów, spróbowałam odwrócić się w drugą stronę i zasnąć. Po chwili okazało się jednak, że moją towarzyszkę sen zastał jako pierwszą i to właśnie ze mnie postanowiła sobie zrobić poduszkę. To jeszcze nic, w dalszej drodze, kiedy zrobiło jej się niedobrze, położyła mi się na kolanie, głowę zwieszając w dół, niebezpiecznie blisko mojego plecaka. Nie wiedziałam, jak zareagować, postanowiłam więc przeczekać całą sytuację. W Azji jeszcze nieraz zaskoczy mnie ta bezpośredniość i brak skrępowania.

Autobus zwalniał i przyspieszał, w zależności od stanu dróg (na północy Wietnamu poza betonowymi i asfaltowymi, nadal można również spotkać tzw. drogi bite). W końcu dotarliśmy na miejsce. O tym, jaką niespodzianką była dla mnie wiadomość, gdzie się znalazłam, już wspomniałam. Postanowiłam jednak do całego zdarzenia podejść z uśmiechem, w końcu marzył mi się bowiem prawdziwy wietnamski „homestay”. Dlaczegożby Nowego Roku nie zacząć właśnie w tym stylu?

Dziadkowie Trung’a mieszkają w drewnianym domu na palach. Tradycyjnie w budynku znajduje się tylko jedna izba, w której jedzą oraz śpią (na specjalnych, rozkładanych, niezwykle twardych materacach) wszyscy domownicy. Charakterystycznym punktem takiego pomieszczenia jest ołtarz przodków, tzw. przestrzeń święta, przeznaczona do modlitwy i składania darów. Dawniej przed ołtarz nie miały wstępu kobiety (Trung nie potrafił mi wyjaśnić dlaczego), obecnie jednak powoli odchodzi się od tego zwyczaju. W każdym domu poza zdjęciami rodzinnymi i pamiątkami, na ścianie obowiązkowo wisi również portret Ho Chi Minha.
– Czy wszyscy w Wietnamie wieszają u siebie portret wujka Ho? – zapytałam.
– Niekoniecznie. Aczkolwiek jest to dobrze widziane, kiedy taki wizerunek znajduje się w czyimś domu. – odpowiedział Trung.

Pod podłogą w olbrzymich koszach przechowuje się ryż. Każde gospodarstwo posiada bowiem własny kawałek pola uprawnego w okolicy. Dodatkowo chodują kury, kaczki i świnie, a także zbierają dostępne na wzgórzach owoce. Mieszkańcy wioski są samowystarczalni, niekiedy jeżdżą na targ, aby zakupić potrzebne produkty, w większości jednak radzą sobie sami. Jedzenie gotuje się nad ogniem w kominku i podaje się na liściach bananowca. Herbatę pijemy w niedomytych kubkach, nie narzekając jednak, żeby przypadkiem nie urazić naszych gospodarzy. Przy domu, ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu, znajduje się jednak nowoczesna łazienka, a tuż po przyjeździe Trung wspomina o haśle do wi-fi.
– To całkiem dziwne, jak na wioskę, w której pół roku temu nie było jeszcze elektryczności. – zastanawiam się na głos.
– Rząd postanowił dofinansować nas 50 milionami dongów w celu zorganizowania tutaj homestays (domów gościnnych) i zrobienia z tego miejsca kolejnego punktu turystycznego. Większość domostw pożyczyła pieniądze, wybudowała ubikacje i prysznice w stylu europejskim, zainstalowała telewizję zatelitarną i Internet (konieczność, jeżeli chcesz u siebie przyjmować turystów). Pieniądze od partii nigdy jednak nie przyszły. Obecnie sami spłacamy nasze pożyczki. – wyjaśnił Trung.

Na Rang znajduje się pośrodku niczego, w pobliżu drogi do Sapa, jednak nie na tyle blisko, aby zatrzymywali się tutaj motocykliści w trasie do górskiego sanatorium. W najbliższej okolicy nie spotkałyśmy z Heleną żadnego białego człowieka, moim gospodarzom życzę oczywiście jak najlepiej, jednak przed nimi sporo pracy, jeżeli rzeczywiście chcą w przyszłości utrzymywać się z turystyki.

Dzień był pełen wrażeń i upłynął szybko. Po kolacji, składającej się z grillowanej na ogniu, świeżo-złapanej ryby, świeżo-zabitej kury, kwiatów bananowca z orzechami ziemnymi oraz świńskiego tłuszczu, zakrapianej obficie ryżowym winem, rodzina zasiadła przed telewizorem. Na zewnątrz zrobiło się zupełnie ciemno, a w środku zapanowało przenikliwe zimno. Sylwestra spędziłam zakopana pod kocami, czytając książkę. Następnego dnia zapytałam Trunga o prawdziwy wietnamski Tet (Nowy Rok Księżycowy).

– Wszyscy wtedy dużo jedzą i piją. – odpowiedział. – Pierwszego dnia świętuje się z rodziną ojca, drugiego dnia z rodziną matki, a trzeciego dnia odwiedza się nauczycieli, pracodawców i przyjaciół, taki jest zwyczaj.
– Zaraz, to znaczy, że nauczyciel, jeżeli mieszka w tej samej wiosce, co jego szkoła, może oczekiwać, że tego dnia zjawią się u niego wszyscy jego uczniowie?
– Tak, dokładnie tak. Każdego należy czymś poczęstować, często w te dni zabija się np. świnię.

Tet to czas spędzany z rodziną i przyjaciółmi. Wietnam wtedy zamiera, ludzie zamykają się w domach. Za miesiąc będę miała okazję się przekonać, jak to naprawdę wygląda. Zdecydowanie nie żałuję, pobytu w domu na palach, noc spędzona na twardym materacu, nasza wietnamska kolacja oraz wspaniałe widoki tarasów ryżowych i przejażdżka po górskich drogach należą do niezapomnianych wrażeń. W Nowy Rok wkroczyłam co prawda bez przytupu, ale dowiadując się wielu nowych rzeczy. Wietnam chłonę podskórnie, oczy i nozdrza mam szeroko otwarte, a uszy nasłuchują melodii języka, której niestety nadal nie potrafię powtórzyć.

  • Aleksandra Ćmachowska

    Dla mnie to najlepszy Sylwester w życiu 🙂 W pięknej podróży, wśród innej kultury! Zazdroszczę takiej możliwości i podziwiam 🙂 Pozdrawiam, Mamatywna