facebook:
dsc_0257a

2016-12-18 6 min to read

Wolontariat w Ha Giang, Wietnam

Category : Azja południowo-wschodnia

Znalazłam się w Ha Giang na północy Wietnamu. Mój pobyt tutaj potrwa około miesiąca, pracuję jako asystentka nauczyciela języka angielskiego. Moje zadanie polega głównie na pomaganiu studentom w nabraniu wprawy w konwersacjach, poprawianiu ich akcentu, wymowy, intonacji. Głównym celem zapraszania obcokrajowców do współtworzenia lekcji jest umożliwienie dzieciakom osłuchania się z językiem w żywej postaci. Nie jestem co prawda native speakerem, przed przyjazdem tutaj miałam spore wątpliwości, aczkolwiek na codzień widzę, jak duża jest różnica pomiędzy moim angielskim, a angielskim przeciętnego Azjaty. Wątpliwości rozwiane.

„Nauczyciel języka angielskiego może w Hanoi zarobić nawet do 2 tys. dolarów”- powiedział mi przypadkowo spotkany kierowca motocykla. Sporo pieniędzy, jak na niezbyt bogaty kraj. Być może dlatego w Ha Giang, jeśli decydujemy się uczyć za darmo na zasadzie wolontariatu, dostajemy w zamian zakwaterowanie i trzy posiłki dziennie. „To przecież sporo kosztuje, żeby wyżywić dziesiątkę wolontariuszy” – brzmiała moja pierwsza myśl. Najwyraźniej jednak wciąż nie aż tak wiele w porównaniu z kosztami zatrudnienia profesjonalnego nauczyciela…


Zamieszkałam w tutejszym centrum językowym wraz z innymi, którzy przyjechali z Malty, Francji, Szwajcarii i Chorwacji. Niedługo dołączą do nas kolejne dwie osoby. Mieszka tutaj także Tan – jeden z wietnamskich nauczycieli, którego zadaniem jest opieka nad nami. Warunki życia są bardzo proste, aczkolwiek zupełnie wystarczające, a jedzenie, którego sporą część stanowią warzywa oraz ryż, smakuje wspaniale. Ha Giang Community Center stało się naszym domem, tutaj śpimy, jemy posiłki (ewentualnie gotujemy), spędzamy wolny czas, nauczamy. Granice pomiędzy przestrzenią przeznaczoną do relaksu, a klasami, w których odbywają się lekcje, zaciera się. Wieczorami najczęściej zasiadamy razem we wspólnej kuchnio-jadalni, czasami grywając w karty. Tutaj również wszyscy jemy posiłki, przy okrągłym stole z obracanym blatem.


Muszę przyznać, że taki stół to fantastyczny wynalazek. W Wietnamie posiłek jest wyrazem wspólnoty. Jedzenie w ogromnych misach stawia się na środku. Każdy dostaje swoją niewielką miskę oraz pałeczki (ewentualnie łyżkę, jeżeli nie potrafi sobie poradzić „po wietnamsku”). Poszczególne dania nakłada się z wielkiej misy do niewielkich miseczek i dopiero potem przechodzi się do jedzenia. Posiłek w ten sposób dzieli się proporcjonalnie pomiędzy wszystkich, każdy je tyle (i tylko tyle, zero marnotrawienia!), ile potrzebuje. Podobno niegrzecznie jest jeść „wprost” ze wspólnych naczyń. Wracając do stołu – składa się on z dwóch blatów, blat pierwszy niejako otacza blat drugi, obrotowy, usytuowany w samym środku. Na obrotowym blacie ustawia się misy z jedzeniem, ułatwia to każdemu dostanie się e do wybranego przez niego dania, bez konieczności sięgania przez całą długość stołu. Wystarczy obrócić blat. Jemy niewiele, ale posiłki trwają dlugo – pałeczkami wybieramy zawartość miski do ostatniego ziarenka ryżu.


Linh powiedziała mi, że Wietnamczycy liczą wiek danej osoby od momentu poczęcia, doliczając jeden rok spędzony w brzuchu matki.
– W Wietnamie masz już 28, nie 27 lat. – dodała.
Tak więc uciekł mi gdzieś okrągły rok. Dodatkowo jestem singlem, co w Wietnamie w moim wieku jest niezrozumiałe. Wielu ludzi pyta: „Are you married?”, kiedy odpowiadam „No,no”, po czym pytanie o boyfriend również gaszę szybkim „No”, mam wrażenie, że kobiety kiwają głowami z politowaniem. Z Linh rozmawiamy o ślubach. Tutaj zamążpójście jest od kobiety społecznie oczekiwane od momentu, kiedy osiągnie ona odpowiedni wiek. Linh ma 24 lata, rodzina zaczyna wywierać na nią presję. L. planuje wziąć ślub w przyszłym roku. Opowiadam jej o naszych polskich weselach, następnie ona mówi mi o wietnamskich tradycjach:
– Tutaj ślub to niewielka uroczystość, trwa zazwyczaj około dwóch lub trzech godzin. To właściwie nie jest wydarzenie organizowane dla młodej pary, tylko dla  rodzin obydwojga i ich przyjaciół. Rodzice panny i pana młodego na uroczysty obiad zapraszają braci, kuzynów, znajomych, kolegów z pracy – para młoda często nawet nie zna połowy gości. Pomieszczenie, w którym odbywa się ta mini-uczta zostaje przystrojone dwukolorowymi dekoracjami – to młodzi wybierają barwy. Wszyscy dużo jedzą i piją alkohol.
– O, to tak jak w Polsce. – wtrącam.


Następnego dnia, przy jednej z głównych ulic, obserwuję dwa domy przybrane na biało-czerwono, w środku stoły zastawione jedzeniem i rzędy krzeseł.
– Oho, wesele. – myślę sobie. Przed zajęciami z siedmiolatkami rozmawiam o tym z Phuong, kolejną nauczycielką.
– W Wietnamie tak naprawdę świętujemy trzy razy. Przed oficjalnym weselem odbywa się tzw. przed-wesele. Przyszły małżonek wraz z rodziną udają się do rodziców dziewczyny, aby poprosić o oficjalną zgodnę na ślub. Tego dnia obydwie rodziny zasiadają razem do uroczystego obiadu.
– To coś, jak zaręczyny w moim kraju. – odpowiadam.
– Tak, ale jeszcze wcześniej odbywa się tzw. przed-przed ślub (pre – pre – wedding- słowa Phuong), kiedy chłopak udaje się do domu rodziców dziewczyny i osobiście prosi ich o zgodę na zaręczyny. Jeżeli rodzice nie wyrażą zgody na związek, cała sytuacja może zakończyć się zerwaniem.
– Jak często zdarza się, że rodzina nie akceptuje partnera i związek zostaje zerwany? – zapytałam z ciekawości.
– Obecnie nie tak często. – odpowiedziała P. – aczkolwiek zdarzają się jeszcze bardzo tradycyjne rodziny, które nie wyrażą zgody w przypadku dużych różnic majątkowych pomiędzy młodymi. Kolejnym powodem może być to, że dom chłopca znajduje się zbyt daleko od domu dziewczyny, a rodzina chce, żeby młoda kobieta zamieszkała jak najbliżej, m.in. po to, aby móc pomóc przy porodzie i opiekowaniu się dziećmi.
– To wszystko brzmi dosyć skomplikowanie. – powiedziałam, w duchu dziękując za liberalne zasady panujące w moim domu. Przerwałyśmy rozmowę ze względu na rozpoczynającą się lekcję.


W tygodniu razem z pozostałymi wolontariuszami nauczamy głównie w szkołach publicznych i klasach znajdujących się w domach rodziców. Wieczorami i w weekendy zajęcia odbywają się w naszym centrum, budynek rozbrzmiewa wtedy głosikami dziesiątek maluchów. Często słyszę piosenki, rymowanki, wierszyki i powtarzane przez nauczycieli nowe słowa. Dzieciaki są urocze, ale niezwykle ruchliwe i niezdyscyplinowane. W Wietnamie stosunki pomiędzy nauczycielami i uczniami są znacznie mniej formalne, przez co maluchy pozwalają sobie na więcej wybryków. Prawie codziennie dostaję od moich podopiecznych niewielkie prezenty – słodycze, srebrne gwiazdki i inne drobiazgi. Przyjmuję je z uśmiechem, nieodłącznym „Thank you” i poczuciem winy, bo przecież teoretycznie to ja pochodzę z bogatej Europy i powinnam obdarowywać ich, a nie odwrotnie.


Ha Giang to niewielkie miasteczko, mimo tego ciągle się tutaj gubię. Wszystko wygląda tu dla mnie tak samo. Na każdej ulicy znajduje się szkoła (wszędzie widuje się tutaj dzieciaki!) i bar karaoke (tego fenomenu nie potrafię wytłumaczyć!). Na rowerze można przejechać przez całe miasto w dosłownie 20 minut. Ha Giang otaczają wzgórza porośnięte lasami bambusowymi – marzy mi się wspinaczka, ale nie potrafię jeszcze stwierdzić na ile będzie możliwa. Mój pobyt tutaj dopiero się zaczyna, czeka mnie wiele wyzwań. Mam nadzieję, że sobie z nimi poradzę.


  • Bardzo ciekawie piszesz 🙂 (nie mówiąc o tym, że wciągająca jest sama historia – przeczytałam jednym tchem) Pomysł ze stołem super. Z zaręczynami i zgodą rodziców już trochę gorzej 😉 Z pewnością będę wpadać do Ciebie częściej 🙂