facebook:
ulice Hanoi

2016-12-15 4 min to read

Welcome „my friend”, Wietnam czas przywitać

Category : Azja południowo-wschodnia

„Wietnam swoim kształtem przypomina węża” – powiedział mi kierowca motocykla i właściciel agencji turystycznej w Hanoi. To on podrzucił mnie na dworzec autobusowy, skąd wyruszyłam do Ha Giang.

Mówiąc na marginesie – nigdy nie zapomnę tej drogi,ja i moje dwa plecaki (cały mój obecny dobytek) wrzucone na niewielki motorek, który pędził przez zakurzone ulice, wymijając samochody i podskakując na wybojach. Dotarłam bezpiecznie, nie popisałam się jednak swoimi manierami-
doszło do niewielkiej wymiany zdań przy płatności za przejazd. Tak wiele czytałam o sprycie Wietnamczyków, rozmaitych przekrętach mających na celu wymuszenie od turystów pieniędzy, że chcąc nie chcąc musiałam stać się podejrzliwa i ostrożna. Tymczasem Wietnamczyk, który pomógł mi dojechać na dworzec okazał się miłym chłopakiem (z pewnością miał w tym swój interes, ale jednak!), ja natomiast poczułam, że być może jestem przewrażliwiona i uległam stereotypom (okaże się w przyszłości).

Tak więc Wietnam swoim kształtem przypomina węża – mój chiński znak zodiaku. Przeznaczenie? Nie jestem pewna, aczkolwiek wiem, że od pierwszej chwili w tym komunistycznym państwie poczułam się bardzo dobrze. Jedzenie jest tutaj znacznie smaczniejsze niż w Tajlandii, być może dlatego, że niektóre dania np. zupa Pho bardziej przypominają naszą rodzimą kuchnię (w tym wypadku rosół z makaronem), wietnamskie kulinaria są więc nieco mniejszym od tajskich przysmaków szokiem. Uliczni sprzedawcy i kierowcy taksówek (w tym motor-taxi) cechują się nachalnością, jednak pomimo tego, iż czasem mnie irytują, uczę się szybko odmawiać, odwracać wzrok lub ignorować powtarzane przez nich frazesy. Na ulicach, w restauracjach i barach często słyszę zwroty „my friend” oraz „same same” – tak właśnie, nietrudno zgadnąć, że angielski nie należy do używanych powszechnie w Hanoi języków, a owe „catch phrases” mają na celu wymuszenie zakupu (kolejnego drinka, wycieczki, posiłku).

Hanoi – stolica Wietnamu fascynuje. Przeplata się tutaj bujna, chaotyczna azjatyckość z kolonialnymi wpływami i wyrastającą poza granicami starego miasta nowoczesnością. Kierowcy w Wietnamie jeżdżą jak szaleni, klaksonów używa się tutaj bardziej z przyzwyczajenia niż z jakiegokolwiek innego powodu, w dodatku nigdy, przenigdy nie widziałam jeszcze tylu motocykli! Są dosłownie wszędzie, zagarniają ulice i chodniki, nie pozostawiając zbyt wiele miejsca dla pieszych.  Powietrze jest białe od spalin, trudno się oddycha, wielu mieszkańców Hanoi codziennie zakłada materiałowe maseczki. Życie toczy się na ulicach – domy pozostawia się otwarte, gotuje się w bramach, jadłodajnie sadzają gości na plastikowych krzesełkach tak niewielkich rozmiarów, że nieco większy Europejczyk czy Amerykanin miałby z nimi problem (nawet ja miewam!).

Niektóre rzeczy jednak odpychają – przechodzę obok restauracji, w której na ruszcie piecze się właśnie pies. Hałas jest niesamowity, jak z resztą we wszystkich azjatyckich miastach. Tony śmieci przetaczają się codziennie przez ulice, Wietnamczyków nie można nazwać pro-ekologicznymi. Hostele w dzielnicy starego miasta mieszczą się w tzw. „tube houses” czyli domach tunelowych, są bardzo wąskie, podróżnicy nie mają  w środku zbyt wiele przestrzeni. W Asia Backpackers, gdzie się zatrzymałam, unosi się dodatkowo dziwny, nieprzyjemnie słodkawy zapach, który nie mam pojęcia skąd pochodził. Pewne sprawy na zawsze pozostaną dla mnie tajemnicą…
Podróż po Wietnamie znacznie ułatwiła mi książka „Czołem, nie ma hien”. Andrzej Meller otworzył mi oczy na wiele aspektów życia codziennego Wietnamczyków, które w przeciwnym wypadku mogłyby przeze mnie pozostać niedostrzeżone. To dzięki niemu spacerując po ulicach Hanoi zauważam mężczyzn grających w warcaby i popalających tradycyjną fajkę – dieu cay,  olbrzymich rozmiarów przedmiot wykonany z drewna bambusowego, dzięki niemu również widząc kobiety palące fałszywe banknoty w przydrożnych ogniskach wiem, że jest to dar dla przodków oraz że Wietnamczycy wierzą w duchy, a kult zmarłych jest istotnym elementem ich kultury. Dostrzegam więcej i rozumiem więcej (za to należą się Panu podziękowania, Panie Andrzeju).
Zastanawiam się, dlaczego w Wietnamie mężczyźni wydają się zajmować głównie przewożeniem turystów na posiadanych przez nich motocyklach, a to kobiety (poza handlarkami) wykonują ciężkie, fizyczne prace. Koło więzienia wybudowanego przez Francuzów w czasach kolonializmu(maison centrale), przemianowanego przez Amerykanów podczas wojny wietnamskiej na Hilton Hanoi, dostrzegam grupę kobiet zajętych reperacją chodnika, przenoszących na plecach ciężkie, chodnikowe płyty. Zastanawiam się, czy to kwestia ichniejszej kultury? Zapewne dowiem się tego w przyszłości.
Na północy, w Ha Giang, zamieszkałam w centrum nauczającym młodzież i dorosłych języka angielskiego,
dzisiaj wzięłam udział w pierwszych lekcjach. Czeka mnie wiele nowych doświadczeń, być może uda mi się również poznać bliżej tutejszą kulturę. Wietnam póki co ciekawi mnie dosłownie pod każdym względem – zwłaszcza historycznym. Wietnamczycy wydają się dosyć powściągliwi, ale jestem pewna, że kiedy poznam ich bliżej, pojawi się wiele historii do opowiedzenia 🙂