facebook:
dsc_1171a

2016-12-06 5 min to read

Tajskie jedzenie, targi, targi, targi !

Category : Azja południowo-wschodnia

Dlaczego w tytule tego postu użyłam słowa „targi” aż trzy razy? Z tego względu, że Bangkok przypomina jedno wielkie targowisko – sprzedaje się tutaj wszystko i wszędzie. Od ubrań, poprzez buty, markowe produkty, nie markowe produkty wyglądające jak markowe produkty, aż po owoce, noodle, mięso i wszelkiego rodzaju inne jedzenie. Na chodnikach, ulicach, pomiędzy budynkami, w centrach handlowych, pod centrami handlowymi, na stacjach metra… długo by wymieniać.

Stolica Tajlandii słynie również z tzw. markets lub floating markets czyli placów targowych i pływających targowisk. Różnią się one między sobą, ale zasadniczo można je podzielić na dwa rodzaje – te dla turystów oraz takie, gdzie spotkać można głównie Tajów. Nie udało mi się zwiedzić wszystkich (jest to fizyczną niemożliwością, chyba, że w Bangkoku planowałoby się zamieszkać na znacznie dłużej niż dwa tygodnie), aczkolwiek wydaje mi się, że widziałam wystarczająco, aby móc powiedzieć na ich temat kilka słów….

KTÓRE TARGI NAJBARDZIEJ WARTO ZWIEDZIĆ?

Większość agencji turystycznych w Bangkoku oferuje wycieczki na tzw. autentyczne floating markets czyli Damnoem Saduak oraz Amphawa. Jest to z pewnością ciekawe i kolorowe doświadczenie (większość pięknych zdjęć z pływających targów pochodzi właśnie z tych miejsc), aczkolwiek trzeba mieć świadomość tego, że obecnie są one głównie pułapką na turystów i z prawdziwym życiem Tajów mają niewiele wspólnego. Z tego również powodu sama zdecydowałam się odwiedzić znacznie mniejszy floating market znajdujący się na przedmieściach Bangkoku (a nie dwie godziny od miasta, jak pozostałe) – Khlong Lat Mayom. Rzeczywiście muszę przyznać, że byłam tam jednym z niewielu farangów (obcokrajowców). Sam targ zaskoczył mnie ilością zapachów i różnorodnością smaków. Dodatkowo podczas krótkiej wyprawy łódką miałam okazję poobserwować, jak wyglądają tajskie domy osadzone przy kanałach (w końcu kiedyś Bangkok nazywany był azjatycką Wenecją, obecnie większość dróg rzecznych i kanałów została zasypana, warto natomiast zobaczyć, co dzieje się nad tymi, które pozostały).

Chatuchak market jest z kolei największym i najbardziej różnorodnym targiem Bangkoku. Stosunkowo łatwo do niego dotrzeć, znacznie trudniej jest się po nim poruszać. Spędziłam tam dwie godziny i udało mi się zobaczyć zaledwie niewielką część targowiska. Chatuchak podzielony jest na sekcje, w poszczególnych sekcjach sprzedaje się różne produkty – ubrania, jedzenie, antyki itp. Ze względu na tłumy i ogromne rozmiary być może jednak warto odwiedzić któryś z mniejszych targów. Niedaleko hostelu, w którym się zatrzymałam, w dzielnicy Huai Khwang, można zwiedzić nocny, tzw. train market. Jest to znacznie mniej turystyczne, bardziej autentyczne doświadczenie.

Życie nocne Bangkoku toczy się właśnie na targowiskachh ! To tutaj młodzi (i starsi) przychodzą, żeby po pracy zrobić zakupy, coś zjeść, napić się piwa i porozmawiać. Bangkok to jedno z wielu miast (jak Nowy Jork czy Londyn), które nigdy nie śpią. Być może wiąże się to z długimi godzinami pracy w Tajlandii. Większość Tajów dzień pracy zaczyna wcześnie i kończy stosunkowo późno, tak więc wszelkie sprawunki załatwiają po zmroku, czasami nawet do wczesnych godzin porannych.

Kilka obserwacji z targów w Bangkoku – przede wszystkim na tych turystycznych sprzedaje się zupełnie co innego, niż to, co przeznaczone jest dla Tajów. Jeśli poszukuje się kolorowych, zwiewnych ubrań, drewnianych figurek Buddy, koralików itp. przedmiotów warto mimo wszystko wybrać się tam, gdzie głównym targetem są Europejczycy, Amerykanie i Brazylijczycy. Ubrania dla Tajów cechuje znacznie bardziej stonowana kolorystyka (zwłaszcza obecnie, po śmierci króla), a przy tym naprawdę niewielkie rozmiary.

TAJSKIE JEDZENIE

Wybierając się do Azji Południowo-Wschodniej jedną z głównych myśli, które przychodzą człowiekowi do głowy jest właśnie, nie inaczej, jedzenie ! Pamiętam, jak przed moją własną wyprawą czytałam wypowiedzi różnych podróżników – najbardziej zawsze chciało mi się śmiać z niezrozumiałej dla mnie tęsknoty za pizzą lub hamburgerem.

– Przecież nie po to wybieram się do Azji, żeby jeść pizzę. – myślałam, oczami wyobraźni widząc rozmaite tajskie smakołyki.

Otóż niespodzianka ! Tajskie jedzenie w Azji znacznie różni się od tego, którego spróbować możemy w Europie. Przede wszystkim ludzie tutaj są w stanie ugotować wszystko i dosłownie z wszystkiego, dla nas Europejczyków pewne dania wyglądać mogą wręcz nieapetycznie. Z drugiej jednak strony naprawdę warto spróbować różnych rzeczy – od rozmaitych owoców, poprzez najdziwniejsze przezroczyste makarony ryżowe przyrządzane z kiełkami bambusa i owocami morza ! Niektóre smakołyki nas zaskoczą (np. szaszłyki z wieprzowiny o smaku masła orzechowego!).

Żywiąc się jedzeniem z ulicznych straganów trzeba być przygotowanym na problemy żołądkowe, nie zdarzają się jednak one aż tak często ! Jedzenie sprzedawane na ulicy w foliowych woreczkach bywa całkiem smaczne, ale muszę przyznać, że brakuje mi trochę tradycyjnych warzyw. Pewnego dnia kupując grillowane kiełbaski, jako sałatkę dostałam kilka liści kapusty (całych liści!), ogromnych plastrów imbiru i niesamowicie ostrych papryczek chili – mieszanka wybuchowa. Innym razem, prosząc o warzywa, w woreczku otrzymałam tajską bazylię (o znacznie bardziej intensywnym smaku, niż ta, używana przez nas w Europie) razem z kilkoma niezidentyfikowanymi liśćmi wyglądającymi, jakby pochodziły z jakiegoś przydrożnego drzewa. Z kolei maleńkie ogórki zalane słodkawą oliwą przyprawiły mnie o ból żołądka.

Mimo wszystko tajskie jedzenie jest zdrowe (tracę na wadze). Ci, którzy twierdzą, że porządny posiłek można zjeść za 50 bahtów grubo się pomylili. Owszem, zjeść za 50 bahtów się da, jednak Azjaci najwyraźniej mają znacznie mniejsze żołądki niż mieszkańcy Europy. Porcje są tutaj maleńkie, odpowiednie, jeżeli chcemy popróbować różnych rzeczy, jednak od czasu do czasu przyznam, że zdarza mi się zamówić dla samej siebie podwójny obiad.

Co do tęsknoty za Burger Kingiem – po ponad dwóch tygodniach w Tajlandii nie wydaje mi się już ona tak zupełnie niezrozumiała. Przyznam szczerze, że dałabym się pokroić za porządny polski obiad 🙂 Tymczasem przede mną wciąż jeszcze kilka ładnych miesięcy !