facebook:
dsc_0185a

2016-12-04 6 min to read

Zaatakowana przez Bangkok!

Category : Azja południowo-wschodnia

Bangkok zaatakował mnie ! Wrzawą, zgiełkiem, tłokiem na ulicach, niezliczoną ilością targowisk, ulicznym jedzeniem, powietrzem przesyconym spalinami i milionem tajskich uśmiechów.

Wybierając się do Azji oczywiście spodziewałam się szoku kulturowego, jednak stolica Tajlandii zaskoczyła mnie nie tyle swoją odmiennością, co niespotkaną przeze mnie dotąd fuzją zachodniości i azjatyckiej prowincjonalności, wszechobecnym chaosem (nawet po wizycie w Istambule Bangkok nadal przyprawił mnie o zawrót głowy), ilością samochodów na ulicach , różnorodnością środków komunikacji miejskiej, rozbieżnością cen, wielkomiejskością i życiem toczącym się na rzece, przy kanałach, obok torów, dosłownie wszędzie !

Jedno jest pewne, to nie jest miasto dla każdego, to nie jest również miejsce dla mnie (dlatego, po dwóch tygodniach spędzonych w stolicy Tajlandii przyszedł czas, żeby stąd uciekać). Życie tutaj zwyczajnie męczy, od hałasu bolą uszy, w gardle drapie z powodu zanieczyszczonego powietrza, nogi bolą, bo zwiedzając codziennie przemierzam dziesiątki kilometrów, nie mówiąc o panującym o tej porze roku upale… Wiem, że nie tylko ja i moje ciało tak reagujemy. Andrea przyjechała tu z Brazylii, na co dzień mieszka w Rio, mimo tego Bangkok działa na nią podobnie, jak na mnie.

– Tutaj ciągle jestem zmęczona. – mówi. – Na ulicy mam problem z oddychaniem. Rio nie jest aż tak zanieczyszczone, niebo nad moim miastem jest niebieskie. W Bangkoku nie zobaczysz niebieskiego nieba.

To prawda, patrzę w górę i widzę szarobiałą powłokę. Słońcu nadal jakimś cudem udaje się jednak przez nią przedzierać. Tłumy na ulicach – mieszkańcy i turyści. Taksówki w Bangkoku są niezwykle tanie, podobnie jak charakterystyczne dla Tajlandii tuk-tuki czy motor-taxi, jednak ja poruszam się głównie metrem i tzw. Skytrain. Do najważniejszych atrakcji turystycznych docieram łodzią, ilość łódek na rzece Chao Phraya zaskakuje. Łodziami (tym razem nieturystycznymi) poruszać się można również po kilku miejskich kanałach. W mieście regularnie kursują także autobusy, aczkolwiek ich stan, brak klimatyzacji, pootwierane okna wpuszczające do środka ogromne ilości spalin, skutecznie mnie odstraszają. Są jeszcze nieco dziwniejsze środki transportu, którymi przemieszczają się miejscowi – osobiście nie do końca wiem w jaki sposób funkcjonują. Co jakiś czas gdzieniegdzie zaobserwuje tylko półotwarte ciężarówki i Tajów stłoczonych na sporych rozmiarów platformach.

Bangkok ożywa nocą. Nie, żeby za dnia ludzie spali… Jednak większość sklepów, salonów piękności, restauracji, straganów ulicznych otwiera/rozkłada się popołudniu i funkcjonuje aż do godzin porannych. Być może wszystko to ze względu na temperatury panujące tutaj za dnia.

– Teraz jeszcze wcale nie jest tak źle. – informuje mnie Maprang, recepcjonistka w moim hostelu. – W maju temperatury dochodzą do ponad czterdziestu stopni! – trudno mi sobie wyobrazić taki upał w tym zatłoczonym mieście.

Bangkok przypomina jedno wielkie targowisko. Handluje się tutaj wszystkim i wszędzie, zwłaszcza w okolicach weekendu. Nie wspominając już o ilości rzeczywistych miejskich targowisk pootwieranych w różne dni tygodnia. Przytłacza ilość straganów z ulicznym jedzeniem… Daleko im do europejskich standardów higieny (jedzenie przyrządzane nieumytymi rękami, bez rękawiczek, na straganie ustawionym tuż przy ruchliwej ulicy, często smażone na prowizorycznym, metalowym grillu lub w  głębokim tłuszczu, nikt nie wie kiedy ostatni raz zmienianym).  Pomimo tego próbuję wszystkiego – czasami trafiam na prawdziwe smakołyki, innymi razy borykam się z zatruciem pokarmowym. Popularne są szaszłyki mięsne, zupy na bazie warzywnego rosołu, małe słodko-słonawe, chrupiące naleśniki z zawiniętym w środku słodkim bądź mięsnym nadzieniem, tzw. sticky rice, ryby oraz wszelkiego rodzaju owoce. To właśnie owoce smakują mi najbardziej. Ananasy, marakuje, pigwy, różane jabłka, mango itp., pokrojone ogromnym tasakiem na niewielkie kawałeczki i sprzedawane w plastikowych woreczkach, gotowe do zjedzenia. Uwielbiam także świeże mleko kokosowe i sok z trzciny cukrowej. Tego typu rzeczy będzie mi najbardziej brakowało po powrocie do Europy.

Podróżując po Azji siłą rzeczy człowiekowi nasuwa się myśl – czy aby my, Europejczycy nie jesteśmy czasami zbyt ostrożni? Nie przesadzamy z przezornością? Tutaj, jak już wspomniałam, standardy higieny są właściwie nijakie, jedzenie gotuje się w przydrożnych wózkach wśród spalin, przez drogę przebiega się na zasadzie „kto bardziej uparty, ja czy kierowca”, niemowlęta matki przewożą na motorach, umieszczając je pomiędzy sobą i kierowcą, a na oraz przy torach toczy się normalne życie, bez względu na rozkład kolei… Mimo wszystko ten cały chaos funkcjonuje dość sprawnie, a każda najmniejsza cząstka systemu czemuś służy.

Tajlandię nazywa się często krainą tysiąca uśmiechów i muszę przyznać, że nie bez powodu. Owszem, powszechne są historie o właścicielach tuk-tuków – naciągaczach czy straganiarzach żerujących na naiwności turystów, jednak biorąc pod uwagę różnicę pomiędzy naszym i ich stanem finansowym, trudno się dziwić, że próbują na nas zarobić. Osobiście jednak nie spotkałam się ze zbyt wieloma podobnymi sytuacjami, tymczasem ludzi, którzy okazali mi tutaj ogromną życzliwość poznałam całe mnóstwo. Tajowie uśmiechają się do białych i do siebie nawzajem – w metrze, na ulicach, dosłownie wszędzie. Mnóstwo razy zdarzało mi się pogubić, czy to w Bangkoku czy na pobliskiej prowincji, za każdym razem pomimo nieznajomości angielskiego, wielu z nich próbowało mi pomóc na wszelkie możliwe sposoby. Nigdy nie spotkałam się z równie wielką serdecznością i szacunkiem ze strony obcych przecież osób.

Nie będę pisała o głównych atrakcjach turystycznych Bangkoku – artykułów i postów blogowych na ten temat jest przecież w sieci mnóstwo. Mimo tego, że wiele zwiedziłam, zrobiłam sporo zdjęć i starałam się również dużo czytać, temat ten pominę milczeniem. Być może wrócę do niego w przyszłości, jednak w tej chwili zbyt wiele mam do powiedzenia o wielu innych rzeczach. Planuję stworzyć kolejne posty o m.in. tajskim etosie pracy i religijności – tak więc sprawdzajcie od czasu do czasu, czy na blogu nie pojawiło się coś nowego.

Bangkok mnie przytłoczył, Bangkok mnie zachwycił, w Bangkoku spędziłam dwa tygodnie i uważam, że to minimum, żeby móc powiedzieć, że poznało się to miasto chociaż odrobinę ! Pora jechać dalej.