facebook:
dsc_0031a

2016-11-23 4 min to read

Istambuł – na granicy kontynentów

Category : Istambuł

Istambul – some people call it chaos, we call it home

Istambuł zaskoczył mnie pod wieloma względami… Miasto wibruje i tętni życiem, nigdy nie zasypia. Po spokojnych szkockich Highlands nie byłam gotowa na ten tłum, zgiełk czy mnogość dźwięków. Od pierwszego dnia zachłysnęłam się atmosferą ulicznych bazarów, korków na drogach i śpiewu muezinów.

Wysiadłam z metra w okolicy Aksaray. Duży plac łączy się tutaj z drogą prowadzącą do głównych atrakcji turystycznych miasta – dwóch najbardziej znanych świątyń: Hagia Sophia i Błękitnego Meczetu. Od razu ogarnął mnie swoisty smrodek spalin i dymu papierosowego. Wraz z zapachem pieczonych na ulicznych straganach kasztanów towarzyszył mi potem przez trzy najbliższe dni. Taksówkarze, widząc mój ogromny, turystyczny plecak, próbowali mnie nakłonić, żebym wsiadła do samochodu. Wszystkim po kolei odmówiłam, podobnie odmawiałam również sprzedawcom, którzy chcieli mi wcisnąć torebki, „selfie sticks” czy rozmaite inne gadżety. Szłam przed siebie, przeciskając się przez tłumy przechodniów, przy dźwiękach korków ulicznych i klaksonów.

– Welcome to Turkey, people drive like crazy here. – powiedział mi później Kenan, przyjaciel, którego poznałam jeszcze w Londynie. Nie mogłam się z nim nie zgodzić. Istambulczycy są niecierpliwi, używanie klaksonu jest w tym mieście na porządku dziennym, zupełnie jakby każdy kierowca musiał w jakiś sposób dodatkowo zaakcentować swoją obecność na drodze.

-Nie lubimy czekać, kiedy tylko zapala się zielone światło, a samochód przed nami nadal nie rusza, w przeciągu milisekundy wszyscy zaczynamy trąbić.

-Crazy.- odparłam, bo i co innego mogłam na to powiedzieć.

Stambuł jest miastem meczetów, wieże minaretów strzelają w niebo na każdym kroku, świątynie wyrastają nagle pośrodku placów, przy głównych ulicach, na osiedlach, pomiędzy budynkami. Pięć razy dziennie po całej metropolii niesie się śpiewne nawoływanie do modlitwy, dla osoby z Europy zachodniej, która nie miała do tej pory wiele styczności z islamem, brzmi to niezwykle egzotycznie.

– Uwielbiam ten dźwięk, jest piękny.- powiedziałam

– W Istambule nie wszyscy go lubią, niektórzy uważają za przesadne to, że w całym mieście słychać muezinów. – odparł Kenan. No tak, Turcja jest w końcu oficjalnie państwem świeckim, pomyślałam.

Meczety służą nie tylko modlitwie, to także miejsca zgromadzeń. Dawniej przy świątyniach często funkcjonowały np. szkoły. Obecnie dookoła mnożą się targowiska, wewnątrz murów jest jednak spokojnie, można tu odetchnąć od ulicznego zgiełku i co zabawne, również np. skorzystać z toalety. Miejsce modlitwy często ma dwa osobne wejścia – jedno dla kobiet, drugie dla mężczyzn, obydwie grupy modlą się w oddzielonych od siebie salach. Sala dla mężczyzn jest zazwyczaj większych rozmiarów od tej dla kobiet. Przed wejściem należy zdjąć buty, w przypadku kobiet również nakryć głowę chustą. Na dziedzińcu świątyni najczęściej stoi fontanna, często pięknie zdobiona, służąca do rytualnego obmywania ciała (dłoni,twarzy,stóp) przed modlitwą.

Zatrzymałam się na chwilę w meczecie Laleli (jednym z wielu, które mijałam po drodze). Wewnątrz zaskoczyły mnie przepiękne zdobienia (nie jest to atrakcja turystyczna!). Zrobiłam kilka zdjęć, jednak szybko przestałam, czułam, że przeszkadzam innym w intymnym akcie modlitwy. Usiadłam na podwórzu obserwując mężczyzn przy fontannie. Obok mnie rozsiadł się starszy pan czytający gazetę. Jak już wspomniałam – meczety dają wytchnienie (często jedyne dostępne!) od zatłoczonych i głośnych ulic miasta.

– Mamy tu taką anegdotę… – mówi mi Kenan. – Pewien japoński biznesman przyjechał kiedyś do Stambułu. Po trzech dniach w tym mieście stwierdził: Istambuł to chaos, ale taki chaos, który funkcjonuje perfekcyjnie! – zgodziłam się z nim. To miasto to jeden wielki bałagan, ale w taki czy inny sposób wszystko wydaje się tu działać całkiem nieźle.

Turcja to ciekawy, a równocześnie przypadkowo świetnie dobrany początek mojej podróży. Leżąca po części jeszcze w Europie, aczkolwiek w dużej mierze już w Azji, po trochu zachodnia, ale już i wschodnia, burzliwa i egzotyczna. Samo miasto nad Bosforem – umiejscowione na granicy obydwu kontynentów, dla mnie symboliczne przejście od tego, co znane do tego, co nowe i inne.