facebook:
dsc_0999a

2016-11-28 5 min to read

Istambuł c.d.- przełamując stereotypy

Category : Istambuł, Rozmaite, Spotkania

Z Kenanem rozmawiamy otwarcie o wszystkim, w tym także o polityce, chociaż na ten temat mówić nam ze sobą najtrudniej ze względu na nasze (głównie jego) braki językowe. Wszystkie wydarzenia w Turcji mój przyjaciel komentuje w sposób neutralny, wyjaśniając mi postępowanie prezydenta kraju R. Tayyip’a, funkcjonowanie tureckiego parlamentu i mentalność obywateli państwa, w którym mieszka. Informacje na temat osobistych poglądów w temacie K. zostawia jednak dla siebie, raczej trudno byłoby go nazwać politycznym aktywistą. Od czasu do czasu z nieco gorzkim uśmiechem dodaje tylko: „Welcome to Turkey”, z drugiej jednak strony podkreśla, że Tayyip został wybrany w demokratycznych wyborach.

Mój przyjaciel jest Turkiem, ale urodził się na terytorium Bułgarii, dlatego nosi dwa imiona – tureckie Kenan i Bułgarskie Julij. Kiedy był mały jego rodzice ze względu na konflikt etniczny musieli przenieść się do Turcji. Zamieszkali w Istambule, skąd Kenan nie wyjechał od ponad dwudziestu lat. Studiuje i równocześnie sam uczy tu przedmiotów ekonomicznych, mieszka pod miastem, wakacje często spędza w Londynie. Marzy o tym, żeby podróżować po świecie po to, żeby go poznać i odkryć, gdzie tak naprawdę chciałby się osiedlić. Z drugiej jednak strony właśnie kupił dom – pytanie więc, czy rzeczywiście kiedyś stąd wyjedzie?

Julij ma tu na mnie przysłowiowe „oko”.

– Istambuł to niebezpieczne miasto dla dziewczyny podróżującej samotnie. – przestrzega. Chociaż ja muszę przyznać, że pomimo tłoku czuję się tutaj stosunkowo dobrze. Ludzie są dla mnie mili, chociaż niewielu z nich mówi po angielsku. Ci, którzy znają język, widząc, że miewam niepewną minę, pytają: „Wszystko w porządku? A może ci pomóc?”. Oczywiście zaczepiają mnie również uliczni sprzedawcy, a mężczyźni od czasu do czasu wykrzykują za mną słowa po turecku – wiadomo, nietutejsza i w dodatku na wpół blondynka. Na południu Francji, na ulicach pełnych Marokańczyków, bywało jednak z tym gorzej.

– W Stambule musisz zwyczajnie wiedzieć, gdzie wolno ci chodzić, a których miejsc lepiej unikać. – Kenan opowiada mi o radykalnych, islamskich dzielnicach miasta oraz o rejonach zamieszkanych głównie przez sprzedawców narkotyków. Rozmawiamy także o sytuacji na syryjskiej granicy.
– W Turcji mamy problem z Syryjczykami, jest ich tutaj zbyt dużo. – mówi Kenan. – Osobiście rozumiem, w jakiej są sytuacji, w ich kraju trwa przecież wojna… Co nie zmienia faktu, że są pomiędzy nami spore różnice kulturowe.
– Różnice kulturowe? – zapytałam zbita z tropu, zarówno Syria, jak i Turcja to przecież państwa islamskie.
– No tak. Syryjczycy mają typowo arabską mentalność, my Turcy, jesteśmy znacznie bardziej europejscy, czasami ciężko jest się nam porozumieć.

Zapytałam Julija o koraliki podobne do różańca, które wiele osób, zwłaszcza mężczyzn w Istambule nosi przy sobie i przekłada w palcach…
– To tzw. tesbih, tradycyjnie składa się z 99 paciorków, służących do wzywania 99 imion Allaha, używamy go do modlitwy. Sam pomysł zapożyczyliśmy od buddystów. – odpowiedział. Notabene my, katolicy (co ciekawe!), nasz różaniec wzorowaliśmy właśnie na arabskim tesbih.
– Julij, ale ja widziałam mężczyzn w metrze czy na ulicy przekładających paciorki w palcach… – dodałam po chwili.
– Wiesz, obecnie to coś w stylu akcesoria modowego, można je kupić wszędzie, niektóre, np. te wykonane z bursztynu, są bardzo drogie.

Drugiego dnia w Istambule Kenan zabrał mnie na tureckie wesele. Nie było mnie na liście zaproszonych gości, ale nikt nie robił z tego powodu żadnych problemów. Podobnie, jak nikt nie zwrócił uwagi na to, że przyszłam w jeansach i bluzie. Panna młoda przyjęła mnie bardzo ciepło i zaprosiła do tańca – ludzie na całym świecie bawią się w końcu w podobny sposób. Zespół grał typowo turecką muzykę z wykorzystaniem tradycyjnych instrumentów: zurny (niewielkiej drewnianej trąbki), klarnetu, davuli (olbrzymich bębnów) i ud (instrumentu przypominającego gitarę). Część kobiet nosiła tradycyjne muzułmańskie stroje i zasłaniała włosy, większość jednak ubrana była na modłę europejską. Tutaj muszę przyznać, że Turczynki są często naprawdę piękne. Nie zabrakło również tancerza (co ciekawe mężczyzny!), ubranego w kolorowe szerokie spodnie i kamizelkę, popisującego się tradycyjnym tańcem przy wykorzystaniu zili (niewielkich kołatek wyglądających prawie jak kastaniety). Goście weselni rzucali muzykom pod nogi banknoty.
Nie mogliśmy zostać długo, mimo wszystko byłam pod ogromnym wrażeniem. Nie wyobrażam sobie, żebym w podobny sposób, niezaproszona, mogła się zjawić na czyimś weselu w Polsce i spotkać się z tak ciepłym przyjęciem. Turcy potrafią być bardzo otwarci dla obcokrajowców.

Po powrocie zapytałam Kenana, co najbardziej lubi w swoim narodzie. Długo szukał słów, w końcu powiedział:
– Gościnność. W Istambule tak tego nie widać, ale kiedy np. pojedziesz gdzieś dalej (oczywiście, jeśli jesteś Turkiem), zjawisz się w jakiejś wiosce i okaże się, że nie masz się gdzie zatrzymać, ludzie ci pomogą, znajdą ci dom. Jeżeli nie uda im się nic znaleźć, oddadzą ci klucz do meczetu i pozwolą zatrzymać się w świątyni.
– Hm.. a czego w Turkach najbardziej nie lubisz? – drążyłam temat z ciekawości.
– Ludzie łatwo wierzą temu, kto posługuje się religią. Wykorzystując religię w Turcji możesz przekonać prawie każdego do wszystkiego. Mało kto sprawdza wiarygodność czy rzetelność tego, kto powołuje się na islam. – tak brzmiała odpowiedź.
Następnego dnia Kenan dodał:
– Wiesz czego jeszcze nie lubię? Turcy są bardzo porywczy. Często na wydarzenia reagujemy szybko i bezmyślnie, stąd wszystkie protesty, o których mogłaś słyszeć.

No tak… turecka flaga doskonale przedstawia ten obraz. Któregoś dnia, po jednej z kolejnych rewolucji, ulice Istambułu spłynęły krwią. Mieszkańcy miasta wyszli z domów, spojrzeli na chodnik i ujrzeli odbijający się w tej krwi księżyc oraz gwiazdy… Stąd flaga. Przynajmniej tak brzmi wersja Julija. Jedno jest pewne – Nie podróżowałam wiele po Turcji, ale na podstawie rozmów z moim przyjacielem wytworzyłam sobie obraz kraju pełnego kontrastów. Jeżeli chodzi o sam Istambuł – jest to miejsce niezwykle chaotyczne, w którym jednak działa pewna siła dośrodkowa. To miasto wciąga, człowiek szybko się męczy, chce uciekać, ale gdy tylko wyjedzie, już planuje wrócić tu z powrotem…

  • Piszesz w sposób zajmujący, fajnie się czytało 🙂 Nie miałam większego pojęcia na temat Stambułu, teraz powstał w mojej głowie jakiś ogólny zarys. Super, że masz przyjaciela, który stara się być obiektywny w stosunku do swojego kraju 🙂

  • Oo, ale mnie ominęło tutaj. Już nie w Szkocji? Super się czyta, widzę mam sporo do nadrobienia! Powodzenia w nowym miejscu! :))