facebook:
hotele-butikowe

2016-08-19 8 min to read

Smutna prawda o warunkach pracy w hotelach butikowych w Wielkiej Brytanii

Category : Życie w Szkocji

 Kilka tygodni temu zaczytywałam się w książce „Angole”Ewy Winnickiej. Autorka opisuje w niej rozmaite losy Polaków mieszkających w Wielkiej Brytani, głównie w Anglii. Znajdują się tam historie osób, którym udało się w tym kraju zrobić wielkie kariery, ale nie brak także przerażających opowieści o rodakach wyzyskiwanych i pracujących w najgorszych możliwych warunkach. Wcześniej myślałam, że materiał do reportażu autorka zbierała przynajmniej przed kilkoma latami, nie wyobrażałam sobie, żeby podobne historie mogły wciąż rozgrywać się w granicach Unii Europejskiej, zmieniłam zdanie, kiedy rozpoczęłam pracę w hotelu X na wyspie Skye…

Uważam się za podróżniczkę. Co kilka miesięcy zmieniam miejsca pobytu, zwiedzam Szkocję, prowadzę bloga, robię zdjęcia, odkładam pieniądze na wyprawę do Azji. Skończyłam studia wyższe, płynnie mówię po angielsku i po francusku. Praca w hotelach i restauracjach to mój wybór (tymczasowy), nie przymus. Z warunków, które opiszę poniżej zwyczajnie się śmieję, dla mnie jest to przygoda, pewnego rodzaju doświadczenie. Jestem tutaj głównie po to, żeby zwiedzić wyspę. Przeraża mnie jednak fakt, że dla wielu ludzi jest to brutalna rzeczywistość, codzienność, zarówno tu, jak i pewnie w wielu innych miejscach w Szkocji.

Hotel X jest hotelem butikowym, co oznacza, że mieści się w nim tylko osiemnaście pokoi. Zatrudnia się tu głównie obcokrajowców i studentów, tylko oni nie skarżą się na warunki, które gwarantuje się pracownikom w tym miejscu. Wielu z nich, Polacy, Czesi, Hiszpanie, nie narzeka po prostu dlatego, że nie znają języka. Pracujemy na stanowisku o nazwie „general assistant”, co oznacza, że można od nas wymagać po prostu wszystkiego. Na samym wstępie wszyscy musimy podpisać deklarację, że zgadzamy się pracować więcej niż czterdzieści osiem godzin tygodniowo. Nie jestem pewna, czy wszyscy rozumieją, co podpisują. W praktyce zdarzało się, że pracownicy pracowali czternaście lub piętnaście dni po dwanaście do piętnastu godzin, bez jednego dnia wolnego. Rano podajemy śniadanie, następnie sprzątamy pokoje, potem dwie godziny przerwy i wieczorem wracamy do pracy w restauracji. Po pracy kładziemy się spać i następnego dnia znów to samo. Wszystko za minimalną, godzinową stawkę. Jak w obozie pracy.

Zmęczenie daje się nam w kość, ale to nie jest jeszcze najgorsze. Pracujemy, jednak na podpisanie kontraktu niektórzy czekają tygodniami lub nawet miesiącami. Nikt mi jeszcze nie powiedział na jakich zasadach zostałam zatrudniona. Nie wiem, czy jestem tu jako pracownik sezonowy, czy mam kontrakt zerowy itp. W przypadku obcokrajowców niemówiących dobrze po angielsku hotel zobowiązuje się pomóc z załatwieniem NIN i konta bankowego, ale nikt nie pali się, żeby to zrobić. Para z Hiszpanii czekała dwa miesiące na pierwszą wypłatę.  Obcokrajowcy i Brytyjczycy nie są traktowani na równych warunkach, tylko od cudzoziemców wymaga się, żeby poza pracą w restauracji zajmowali się również sprzątaniem pokoi. Sprzątanie hotelu to wyczerpująca fizycznie praca, ciągle wykonują ją te same osoby, ale kiedy zapytałam managerkę, czy mogłaby nas czasami zmieniać i przypisać housekeeping komuś innemu, usłyszałam:

– Jesteśmy małym hotelem, od pracowników wymaga się elastyczności. To ja decyduję, kto się czym zajmuje.

Zastępca manager’a powiedział mi z kolei:

– Mitchel, Ben i Barbara nie są tutaj, żeby zajmować się housekeeping’iem.

To dziwne, pomyślałam, w końcu oficjalnie wszyscy pracujemy na tym samym stanowisku.

Każdemu z nas obiecano zakwaterowanie w prywatnym pokoju i wyżywienie, ale hotel nie ma wystarczająco dużo pomieszczeń dla wszystkich pracowników. Od mojego przyjazdu (półtora tygodnia temu) mieszkam w przyczepie kempingowej razem z piątką innych osób. Przyczepa jest brudna i zapuszczona do tego stopnia, że wręcz nie da się jej porządnie posprzątać. Wszędzie śmierdzi, łazienka wygląda obrzydliwie (osobiście w ogóle do niej nie wchodzę), nie mówiąc o tym, że wszyscy gnieciemy się ze sobą na kilku metrach kwadratowych. Właściwie mogę uważać się za szczęściarę, bo dostałam własny pokój.. Co prawa jest on wielkości nieco większej szafki, mieści się w nim jedynie bardzo wąskie łóżko, jedna półka, nie ma gniazdka, żeby podłączyć laptopa lub chociażby ogrzewanie, a okno wychodzi na mur zrujnowanej budowli obok, ale mam własny kąt. Chłopcy mieszkający ze mną w „karawanie” (caravan), studenci, mieli wcześniej porządne zakwaterowanie, ale kiedy zaczęli przyjeżdżać nowi pracownicy, przeniesiono ich właśnie tutaj. Nie dostali pokoju, śpią na kanapach w „karawanowym salonie”.

To jeszcze nic, w kuchni pracuje dwóch kucharzy zatrudnionych poprzez agencję. Jeden z nich wyjechał na weekend, a kiedy wrócił, okazało się, że w jego pokoju zakwaterowano kogoś innego. Rzeczy B. spakowano do plastikowych worków i wyniesiono do pralni. Pierwszą noc po powrocie spędził na kanapie w tzw. staff room (który nota bene już zlikwidowano), następnie przez tydzień mieszkał w pokoju innego kucharza, który akurat wyjechał na wakacje. Obecnie zakwaterowano go w jednym z dodatkowych pokoi, które zaczęto właśnie dla nas budować. Problem jedynie w tym, że pomieszczenie nie ma jeszcze okna ani podłogi. Weszłam tam wczoraj – cztery białe ściany i łóżko. Wygląda jak cela więzienna. Śmiechu warte.

Obiecano mi lepszy pokój niż ten, w którym mieszkam obecnie. Dwoje pracowników wyjeżdża w poniedziałek, problem jest taki, że na dwa pokoje przypadają trzy osoby, które póki co mieszkają w nieludzkich warunkach. Zastanawiam się, co zrobi nasz management

Nie wiem, czy zatrudnianie większej ilości pracowników niż możliwości ich zakwaterowania jest w niewielkich hotelach normalną praktyką. Spotykam się z tym po raz pierwszy. Nie mówiąc o tym, iż mimo tego, że nie mamy gdzie mieszkać, wciąż jest nas tutaj zbyt mało, jak na ilość pracy, która jest do wykonania. Hotel nie zatrudni więcej osób ze względu na oszczędności (paradokslanie właściciele do najbiedniejszych nie należą, biorąc pod uwagę, że posiadają trzy podobne hotele i jacht).

Organizacja pracy również pozostawia wiele do życzenia. Żaden z maneger’ów nie potrafi porządnie rozpisać grafiku, nie mówiąc już o dopilnowaniu standartów obsługi (hotel czterogwiazdkowy!). Zatrudnia się tu osoby, które ledwie mówią po angielsku lub które nigdy wcześniej nie pracowały w hospitality, ale nie ma nikogo, kto mógłby pokazać im, jak powinni dobrze wykonywać pracę. Manager restauracji zrezygnował kilka tygodni temu, woli zajmować się housekeeping’iem.

– A. był bardzo dobry w swojej pracy, próbował wprowadzić pewne zmiany, usprawnić obsługę, ale mu nie pozwolono. Zrezygnował, bo stwierdził, ze nie może pracować w ten sposób. – powiedział mi Tomas.

Pewnego dnia rozmawiałam również z A.:

– W restauracji panuje zupełny chaos. Powiedziałem im, że zwyczajnie nie mogę pracować z ludźmi, którzy są na nogach od siódmej rano podając śniadanie, następnie sprzątając pokoje i wieczorem przychodzą do pracy wykończeni i nieprzytomni. – powiedział mi.

Christina i Aurelio (nasza hiszpańska para) nazywają to miejsce piekłem. Dni wolne od pracy przesypiają, są tak bardzo zmęczeni, że nie mają nawet siły zwiedzać wyspy. Za miesiąc wracają do domu.

-„Five months in hell.” – mówią i kręcą głowami.

W Szkocji każde miejsce pracy ma obowiązek prawny zapisania swoich pracowników do tzw. pension scheme czyli mówiąc prosto funduszu emerytalnego. Wygląda to mniej więcej w ten sposób, że co miesiąc niewielka kwota naszych zarobków odprowadzana jest na konto emerytalne, na które pracodawca również ma obowiązek odprowadzania składek. Dla pracodawcy nie są to duże pieniądze, a obowiązek prawny ma zagwarantować pracownikom, że w przyszłości nie będą musieli polegać jedynie na niewielkiej emeryturze państwojej. Dzisiaj zapytałam o pension scheme w moim obecnym hotelu (poprzednie miejsce pracy już otworzyło dla mnie podobny fundusz emerytalny, chciałam więc uniknąć otwierania drugiego). Managerka zrobiła wielkie oczy:

– O ile mi wiadomo nie posiadamy obecnie umowy z żadnym funduszem emerytalnym.

– W porządku. – powiedziałam, myśląc równocześnie o tym, jak to milionerzy oszczędzają marne grosze kosztem pracowników. Ugryzłam się w język, żeby nie powiedzieć, że to przecież w Szkocji chyba nielegalne. (Obecnie dowiedziałam się, że część pracodawców ma jeszcze kolejny rok na wprowadzenie tego rozwiązania, jestem ciekawa, czy mój hotel rzeczywiście je wprowadzi).

Pracownicy przychodzą i odchodzą, mało kto wytrzymuje dłużej niż kilka miesięcy. Dla mnie jest to przygoda, cztery tygodnie na Skye powinny mi wystarczyć, żeby odłożyć potrzebne pieniądze i zwiedzić wyspę. Planowałam zostać dłużej, ale nie chcę pracować w miejscu, które nie dba o swoich pracowników. Osobiście potrafię upominać się o swoje prawa.Tak jak pisałam, przeraża mnie jednak świadomość, że wielu ludzi, zwłaszcza tych nie władających biegle językiem, pewnie żyje tak miesiącami, być może latami. Niekoniecznie tutaj, tu pośrodku niczego nikt chyba nie zostaje na dłużej. Ale jestem pewna, że są takie miejsca, są takie hotele butikowe, są w Wielkiej Brytanii tacy desperaci.