facebook:
30-08-2016

2016-08-30 5 min to read

Po Skye „okrężną drogą” czyli bez samochodu

Category : Isle of Skye, Poradnik podróżnika

Zanim przyjechałam na Isle of Skye wiele osób w moim poprzednim miejscu pracy pytało mnie gdzie dokładnie, w której części wyspy się zatrzymam.

– Na południu. – odpowiadałam.

Potem zdarzało mi się słyszeć:

– Na południu? Ale tam nic nie ma, wszystkie turystyczne miejsca znajdują się na północy. Na Skye nie ma autobusów, ciężko ci będzie cokolwiek zwiedzić.

– Ciężko, nie ciężko, jakoś dam radę. – mówiłam.

Przyznam szczerze, że czasami poruszanie się po wyspie bez samochodu do łatwych nie należy, ale najważniejsze to nigdy się nie poddawać. Postanowiłam opisać, w jaki sposób zwiedzam Skye..

Przede wszystkim planując wizytę na Skye w sezonie warto zabrać ze sobą namiot. Znalezienie noclegu w tzw. ostatniej chwili graniczy z cudem. Pokój trzeba rezerwować z dwumiesięcznym wyprzedzeniem.

– Od dwóch lat przyjeżdża do nas znacznie więcej turystów niż wcześniej. – powiedziała mi właścicielka niewielkiego B&B. – Wszystko przez to, że na Skye zaczęto kręcić filmy. – dodała. Są to m.in. „Macbeth”Justin’a Kurzela, czy mające się wkrótce ukazać „Trainspotting 2” oraz „Terminator 5” (próbowałam sprawdzić te informacje, ale niewiele znalazłam w sieci, polegam więc na słowach lokalnych mieszkańców).

Wracając do zakwaterowania – z namiotem lub poza sezonem może być nieco łatwiej. Dodam jeszcze, że pola namiotowe na Isle of Skye (np. to w Sligachan) usytuowane są wśród absolutnie przepięknej scenerii. Osobiście mieszkam przy hotelu, w którym pracuję (wersja dla tych, którzy chcą tutaj spędzić przynajmniej kilka miesięcy), tak więc ten problem miałam z głowy.

Sprostuję to, co często słyszałam, zanim dotarłam na wyspę – „Na Skye nie ma autobusów”. Otóż są, być może nie kursują zbyt często, ale jednak są. Warto pamiętać, że autobusy poranne i wieczorne jeżdżą zazwyczaj tylko w sezonie czyli mniej więcej od czerwca do 25-tego sierpnia. Należy uważnie czytać drobne literki w rozkładzie. Sama złapałam się na tym, że w okolicy 27 sierpnia nie doczytałam informacji i czekałam na autobus, który zwyczajnie nie nadjechał. X,V,F,K – literki, literki i jeszcze raz literki w rozkładach.

Pomimo tego, że jest ich niewiele, do tej pory zazwyczaj byłam w stanie znaleźć autobus, który dowiózłby mnie tam, gdzie chciałam. Problematyczne bywają powroty. Rozwiązanie? Autostop – miejscowi chętnie się zatrzymują, podobnie jak i turyści, zwłaszcza ci z Francji (moje osobiste doświadczenia). Ten środek transportu może być jednak problematyczny, jeżeli nam się spieszy lub gdy zmoknięci stoimy na przeszywającym wietrze i najbardziej na świecie chcielibyśmy już znaleźć się pod kocem (przydarzyło mi się wczoraj). Pozostają taksówki. Czasami podróżowanie po Skye wymaga cierpliwości.

Warto również poruszać się piechotą – zauważyłam, że szlaki piesze są znacznie mniej uczęszczane niż drogi, większość trystów porusza się samochodami i odwiedza wyłącznie miejsca wskazane przez przewodniki (dlatego przy Fairy Pools lub Old Man of Storr bywa nieznośnie tłoczno!), tymczasem do wielu miejsc można się dostać zwyczajnie wędrując piechotą. Na takich szlakach można rzeczywiście poczuć, że jest się samemu wśród natury i podziwiać niesamowity krajobraz Skye w spokoju i ciszy.

Tak własnie wyglądała moja wyprwa do Fairy Pools. Autobus zabrał mnie do Slichagan, skąd czekała mnie trzygodzinna wędrówka wzdłuż urodziwego Glen’u (doliny rzecznej), gdzie napotkałam wiele wodospadów równie pięknych jak w „Dolinie wróżek”(luźne tłumaczenie), a nawet bardziej, bo nie były one otoczone przez rzeszę turystów próbujących popływać lub zrobić dobre zdjęcie. Sam szlak należy do najbardziej malowniczych, jakimi zdarzyło mi się wędrować, tak więc polecam serdecznie. Gdybym poruszała się samochodem, pewnie nigdy bym tam nie dotarła.

Warto zaopatrzyć się w dobrą mapę. Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam po dotarciu do Portree było udanie się do punktu informacji turystycznej. Niestety pracownicy nie byli zbyt pomocni (zastanawiam się na ile dobrze w rzeczywistości znali wyspę). Zakupiłam jednak bardzo dobrą mapę miejsc, które chciałam odwiedzić. Pomocny okazał się również przewodnik „50 best routes on Skye and Raasay” Ralph’a Storer’a. Te dwie rzeczy zawsze wożę ze sobą w plecaku. Czasami przydaje się także internet, a w szczególności strona walkinhighlands. Dobrze jest również rozmawiać z napotkanymi w autobusach podróżnikami (znajdują się oni w podobnej sytuacji – brak samochodu i mogą posiadać cenne informacje). O ile pracownica informacji turystycznej nie pomogła mi zbyt wiele, o tyle zauważyłam, że kierowcy autobusów wiedzą dosłownie wszystko, w dodatku tutaj są niezwykle mili. Wniosek – rozmawiaj z kim tylko możesz i pytaj, pytaj, pytaj..

Kolejna wskazówka – oczywiście miejsc „must see” nie można pominąć, ale warto odwiedzać również te mniej turystyczne. Zwłaszcza w sezonie. Przykładowo Rubha Hunish – najbardziej wysunięta na północ część wyspy, jeden z najładniejszych, a równocześnie najrzadziej uczęszczanych szlaków pieszych. Znajduje się tam nawet niewielka chatka, w której podróżnik może bezpiecznie spędzić noc, gdyby okazało się, że zabawił w tym malowniczym miejscu zbyt długo. Miejsca turystyczne (Fairy Pools, Old Man of Storr, Quiraing) warto odwiedzić jesienią lub wiosną, kiedy jest mniej tłoczno. Zwłaszcza, że pogoda na Skye jest nieprzewidywalna tak czy siak, nawet w lecie.  

Mówią, że na południu wyspy nic nie ma. Bardzo dobrze, właśnie dlatego jest tutaj znacznie spokojniej. Warto znaleźć nocleg na Sleat (południowy półwysep), jeśli naprawdę chce się odpocząć. Zwłaszcza, że widoki na morze i góry po drugiej stronie zapierają dech w piersiach.

To już wszystko, czego nauczyłam się w ciągu ostatnich trzech tygodni. O samej Skye jeszcze napiszę, w nieco innej formie, czekam tylko na dobry moment. Bez samochodu się nie da? Wszystko się da, pytanie tylko, na ile jesteśmy otwarci.