facebook:
Fringe(2)_festival_logo

2016-08-07 3 min to read

Fringe Festival

Category : Rozmaite, Życie w Szkocji

– Nie znoszę festiwalu, wszędzie tylko tłumy ludzi. –  mówi co roku Caleb. Pracuje w hospitality, sierpień to dla niego (i dla wielu innych pracowników pubów, klubów, restauracji) najbardziej burzliwy czas.

– Uwielbiam festiwal. – powiedział mi Franck. – Przez cały rok nudzę się w Edynburgu, zwłaszcza w zimie, podczas festiwalu nigdy nie siedzę w domu, zazwyczaj staram się zobaczyć trzy lub cztery przedstawienia dziennie.

– Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie znoszę festiwalu. – to znowu słowa Caleba, tym razem z wczoraj. – Wszystko kręci się wokół komedii. (tzw. stand-up comedy).- trudno się nie zgodzić, 70% spektakli, przynajmniej tych tanich czy darmowych to właśnie popisy rozmaitych komików.  C. Ma taką fobię- nawet, kiedy siada w ostatnim rzędzie, boi się, że zostanie zaproszony na scenę (stand-up comedy to często spektakle interaktywne). Poczucie humoru to jedno, a umiejętność pośmiania się z samego siebie to drugie.

Edynburg jest miastem festiwali. Przez całe lato coś się tutaj dzieje – festiwal filmowy, jazzowy, Tatoo (militarny), Mela, książkowy, International i Fringe (teatralne) – czy o którymś zapomniałam? Zazwyczaj stosunkowo spokojne, kamienne miasto ożywa. Przyjeżdżają aktorzy, komicy i turyści z całego świata. Mieszkańcy często wyjeżdżają wtedy na urlop, opuszczają stolicę. Korki na ulicach, tłumy na chodnikach, ciężko się przecisnąć, o sensownym zwiedzaniu miejsc turystycznych nie może być mowy. Royal Mile tętni życiem – artyści rozdają ulotki, reklamują spektakle, nagabują przechodniów. Na przedstawienia można natrafić wszędzie – zwłaszcza w prawie każdym barze przy Cowgate. Puby, zazwyczaj zamykane wcześniej niż w Polsce, w sierpniu pozostają otwarte do piątej nad ranem. Wielu ludzi porządnie się upija.

– Szkoci nie potrafią pić. – mówi C. – Nie można nam ufać, dlatego zazwyczaj bary zamykane są wcześnie. Jesteśmy przyzwyczajeni, że dzwonek dzwoni tuż po północy i wtedy wszyscy zamawiamy ostatnie kolejki. W sierpniu przychodzi północ, alkohol leje się strumieniami, a pub zamiast się zamknąć pozostaje otwarty przez kolejnych kilka godzin. O trzeciej nad ranem pijani Szkocji wsiadają do taksówek i wracają do domu.

Festiwal – jedna wielka impreza (nie tylko artystyczna). W zeszłym roku w tym czasie pracowałam w Scotch Whisky Experience. Codziennie obsługiwałam ekskluzywny obiad dla gości Tatoo. Zastawiałam stoły przykryte białym obrusem, przygotowywałam szklaneczki whisky, słuchałam w kółko tego samego wykładu o degustacji, nalewałam wina. Podczas deseru przychodzili artyści, mały pre-show dla tych, którzy drogo zapłacili za podobną przyjemność. Codziennie dużo sprzątania i masa szklanek do wypolerowania. Rozmowy o wszystkim i o niczym, nasłuchiwanie muzyki i sztucznych ognii. Czasami udało się nam zobaczyć coś ciekawego – szwajcarskich bębniarzy, szkockich dudziarzy. Zajadałam się baraniną i łososiem. W ciągu miesiąca zjadłam niezliczoną ilość cranachan’ów (tradycyjny szkocki deser na bazie malin, śmietany i whisky). Nigdy nie byłam tak zmęczona, nigdy tak bardzo nie miałam dosyć, jednak muszę przyznać, że Szkocja z każdym dniem wydawała mi się coraz ciekawsza. Planowałam zostać w Edynburgu na stałe.

W tym roku ponownie czekałam na początek festiwalu. Tym razem jestem na wakacjach, ale szczerze mówiąć tak bardzo mnie on nie cieszy. Nie lubię tłumów. Korzystam, oglądam spektakle, piję alkohol. Drażnią mnie jednak rzeczy, które nie przeszkadzały mi w zeszłym roku.. Miasto zaśmiecają tysiące plakatów, po chodnikach fruwają ulotki, jest głośno, za głośno. Gubię się w tym tłumie. Jutro wyjeżdżam, przy całej wyjątkowości edynburskich festiwali muszę przyznać, że nie żałuję..