facebook:
16.07

2016-07-16 3 min to read

Coś się kończy, coś się zaczyna…

Category : Wyspa Arran, Życie w Szkocji

Nadszedł czas. Po czterech miesiącach postanowiłam opuścić Isle of Arran i wyruszyć dalej na północ. Planowałam zostać tu dłużej, ale życie chciało inaczej. Jestem nomadem, teraz pora spędzić trzy miesiące na Isle of Skye – podobno najpiękniejszej i najdzikszej ze szockich wysp. Kierunek Hebrydy!

Jakie zachowam wspomnienia z Arran? Przyroda jest tu piękna (już raz o tym pisałam) – dzikie zwierzęta, ptaki, foki, kwiaty, zieleń ciesząca oczy i serce, góry, góry, góry…  Poznałam różnych ludzi, każdy z nich ciekawy na swój własny sposób. Do jednych nieco się zbliżyłam, od innych trzymałam sie z daleka, nie potrafiłam, nie z niechęci, ze zwykłej nieśmiałości. Myślę, że tutejsi zatrzymają dobry obraz mojej osoby, mówili mi, że ciągle się uśmiecham…

 Chciałam spędzić kilka miesięcy na osobności, poukładać sobie swoje sprawy, pracować nad siłą woli, ale zaplątałam się w życie tej małej społeczności, wsiąknęłam. Trudno nie wsiąknąć, kiedy pracujemy razem, mieszkamy razem, razem jemy posiłki i wychodzimy do jedynego w okolicy pubu. Większość klientów w barze to zazwyczaj pracownicy hotelu, no i jeszcze kilka lokalnych twarzy – właściciej pobliskiego zakładu mechanicznego, emerytowany żołnierz (nazywany Keeper), który ciągle powtarza mi, jak to pięknie wyglądam, Gordon, który próbował umówić się ze mną na randkę i paru innych. Znam ich twarze, nie pamiętam imion, ale wiem, co zazwyczaj piją – to wystarczy.

Mieszkając tutaj miałam swoje lepsze i gorsze momenty. Takie zamknięcie w niewielkiej hotelowej społeczności to przecież namiastka normalnego życia – ludzie się kłócą, godzą, mają coś sobie za złe, złoszczą się, sypiają ze sobą, rozmawiają szczerze i mniej szczerze. Wszystko rozgrywa się w tej naszej nieco dusznej klatce. Dobrze będzie wyjechać i nabrać dystansu. Chłopaki z kuchni lubią żartować, czasami jednak przesadzają w niezdrowych komentarzach. Nieraz mogłabym ich nazwać seksistami, innym razem rasistami, Barry (jeden z kucharzy) potrafi być najmilszym lub najbardziej niegrzecznym człowiekiem na ziemi, w zależności od humoru. To wszystko kwestia nudy, monotonii, zniechęcenia – niektórzy pracują już tutaj zbyt długo. Wszyscy jesteśmy ludźmi dobrymi (przynajmniej takie mam wrażenie), niektórym jednak brakuje ogłady – musiałam nauczyć się sobie z tym radzić, szkoła życia.

Barry wiele w swoim życiu przeszedł, myślę, że nie jest szczęśliwy – stąd jego złośliwe komentarze. Jamie niedawno rozstał się z żoną, tęskni za dziećmi, jest alkoholikiem – potrafię zrozumieć, że bywa niemiły, mimo, iż całą duszą chciałam i próbowałam sprawić, żeby poczuł się lepiej. Teraz omijam go z daleka. Jeden z powodów, dla których wyjeżdżam – chcę zachować dobre wspomnienia, opuścić to miejsce, zanim będę miała dosyć.

Bo zazwyczaj jest tak – różne miejsca ożywiają nas i dodają energii, ale te same miejsca i sytuacje potrafią też nas zmęczyć. Jestem nomadem, kiedy się znudzę i jestem zmęczona po prostu idę dalej. Przez życie, przed siebie. Po raz kolejny wychodzę ze swojej strefy komfortu. To dobra szkoła, w końcu w zimie planuję wyjazd do Wietnamu. Odrobinę mi szkoda – lubię te moją kempingową chatkę, pokój, w którym na ścianach powypisywałam cytaty markerem, moje współlokatorki. Lubię tych, którzy okazali mi tutaj serce i ciepło, którzy często się śmieją. Ogarnia mnie panika przed podjęciem ostatecznych kroków. To minie. Potem będzie tylko wyczekiwanie i to, co nowe – lepsze lub gorsze, przyjmę wszystko, bo wszystko w życiu jest przecież tylko chwilowe.