facebook:
3.06a

2016-06-03 6 min to read

13 piętro czyli kredytom hipotecznym i poważnej dorosłości podziękuję

Category : Rozmaite, Wyspa Arran, Życie w Szkocji

Coire Fhionn Lochan – to tam dzisiaj byłam, korzystając z wolnego dnia w pracy oczywiście. Przepiękne małe jezioro (Loch) otoczone wzgórzami. Na te wzgórza również się wspięłam, widok był taki, że mnie zamurowało. Arran jest śliczną wyspą, zieloną, górzystą, odludną (oczywiście jeśli tylko zapuścić się w jej głąb). To wspaniałe uczucie chodzić samotnie po szczytach i patrzeć na morze. Mam za sobą sześć lat studiów, dwa dyplomy licencjackie i jedną magisterkę, a pracuję jako kelnerka w hotelu gdzieś w Szkocji. Najważniejsze jest dla mnie to, że jest mi z tym dobrze. Poznaję ciekawych ludzi, oddycham czystym powietrzem, zapamiętuję kolory (głównie błękitny i zielony). Kto śmie mnie oceniać, no kto?

Zaczytuję się właśnie w książce „13 pięter” Filipa Springera. Jest tam dużo o domach, mieszkaniach i kredycie. W obecnym świecie, mówi nam Springer, kredyt hipoteczny zdaje się być wyznacznikiem dorosłości, tak samo jak własny kąt, a właściwie cztery. Problem jest taki, że te kąty to nie takie własne, bo jeśli przestaniemy spłacać raty to nam je zabiorą. Młodzi ludzie, zazwyczaj po trzydziestce (uff, czyli jeszcze mam czas!) biorą pożyczki i kupują mieszkania. Następnie zakładają rodziny i wtedy stają się poważni, wtedy otoczenie zaczyna traktować ich jak dorosłych. Kilku bohaterów reportażu takiej dorosłości mówi stanowcze „nie”. Osobiście bliżej mi do tej grupy. Ciągle jeszcze trochę czuję się dzieckiem, jest we mnie coś z Piotrusia Pana, wyspa Arran chwilowo stała się moją Nibylandią.

Nie chcę brać kredytu. Boję się zobowiązań na długie lata. Nie chcę osiedlać się nigdzie na stałe, przynajmniej jeszcze nie. Nie wiem, gdzie się znajdę za pięć czy dziesięć lat, moja przyszłość jest nieokreślona. Do niedawna się tego bałam, teraz mnie to ekscytuje. Nie odkładam na emeryturę, nie płacę „składek”. Być może to głupie, ale mam dwadzieścia sześć lat i nie wiem, jak długo jeszcze będę na tym świecie. Odkładam i owszem, ale na wakacje życia, na podróże, na to, żeby coś w tym życiu zobaczyć i jak najwięcej doświadczyć. Po raz kolejny – kto się ośmieli mnie oceniać?

Moi rodzice całe życie ciężko pracowali. Początkowo liczyli każdy grosz, byle dotrwać do pierwszego, lata dziewięćdziesiąte, takie były czasy. Tata dostał pracę gdzieś w województwie świętokrzyszkim, a wraz z pracą dostało się nam zakładowe mieszkanie spółdzielcze (pozostałości po PRL-u). Całe życie rodzina funkcjonowała na kredytach – czy to kupując meble, czy wykupując od spółdzielni mieszkanie, czy to zmieniając pracę i mieszkanie zamieniając na większe, aż wreszcie kupując samochód. W końcu, po dwudziestu latach tata miał naprawdę dobrą pracę, był dyrektorem w dużej firmie, zarabiał sporo ponad przeciętną. Zawsze marzył mu się własny dom jednorodzinny, moment był idealny, zaczął szukać i znalazł. Dzięki zarobkom ojca rodzice nie mieli problemu, żeby dostać kredyt, to było jeszcze przed kryzysem, najkorzystniejszą walutą wydawał się frank szwajcarski. No i się „wkopali”, jak wielu przed nimi i po nich.

Najpierw przyszedł rok 2008 i rata za dom wzrosła o ponad połowę..

– No nic, przeczekamy.- mówił tata, ale wtedy jeszcze miał pracę.

Cztery lata póżniej, w roku 2012, rata za dom nadal była wysoka, nie opłacało się go również sprzedawać, bo wysokość kredytu znacznie przekraczała wartość nieruchomości, a ojciec pracę stracił. Właściwie to nie do końca stracił – najpierw zmienił, szukał nowych wyzwań. Został zatrudniony przez międzynarodowe przedsiębiorstwo, które szukało tzw. kozła ofiarnego. Posłużył pewnym osobom do udowodnienia ich punktu widzenia, po trzech miesiącach powiedziano mu „do widzenia”. Mimo, że tata jest świetnym fachowcem w swojej dziedzinie, skończył studia wyższe i trzy rodzaje studiów podyplomowych, ma za sobą lata praktyki, po takim ciosie nigdy się nie pozbierał. Nie znalazł już więcej równie dobrej pracy. Tłumaczy to sobie wiekiem..

– Nigdzie nie chcą zatrudniać ludzi po pięćdziesiątce.- może to i prawda.

Pamiętam, że kiedy to się stało, byłam akurat we Francji. Rodzice zadzwonili do mnie i nalegali, żebym na Wielkanoc wróciła do domu. Od prawie dwóch miesięcy cierpiałam na depresję. Chciałam pojechać do Polski, ale głównie po to, żeby wybrać się do lekarza. Kiedy byłam jeszcze w Krakowie, mama zadzwoniła i powiedziała, że ojciec stracił pracę. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Tydzień później siedziałam z rodzicami w biurze notarialnym i po raz pierwszy słuchałam całej historii (potem przyszło mi ją usłyszeć jeszcze wiele razy). Z tym notariuszem to chodziło o przepisanie na mnie naszego starego mieszkania, na wszelki wypadek, żeby bank go nie zabrał, gdyby przestali spłacać raty.

– Przynajmniej będziemy się mieli gdzie podziać, jeśli dom nam zabiorą.

Pamiętam, kiedy pierwszy raz zobaczyłam ojca po tej całej aferze ze zwolnieniem. Tak bardzo się wtedy postarzał, wyglądał okropnie. Jego twarz prześladowała mnie w nocy, kiedy zamykałam oczy. Myślałam, że zaczynam wariować. Miałam depresję, nie mogłam spać, nie mogłam przestać płakać. Rodzicom nic nie powiedziałam, mieli ważniejsze sprawy na głowie. Słuchałam ich, kiedy w kółko opowiadali mi tę samą historię. Nikt nie miał czasu słuchać mnie. Czułam się wtedy bardzo samotna.

Marzenie mojego ojca stało się jego koszmarem. Wszyscy nienawidzimy tego domu. Rodzice ciągle się kłócą o ten kredyt. Oszczędności stopniały, jakoś spłacają, tatę za to podziwiam, ale nie jest różowo. Żyją na krawędzi. Ja również wiem, że jeżeli coś mi się w życiu przytrafi, to rodzina mi nie pomoże, nie będzie miała jak. Muszę sobie radzić sama. Nie jestem osobą zbytnio odpowiedzialną (jeżeli chodzi o finanse). Dużo podróżuję, zmieniam miejsca pobytu, nie oszczędzam, co jakiś czas kończą mi się pieniądze. Póki co zazwyczaj dochodzę do punktu kryzysowego i jakoś się od niego odbijam, mam nadzieje, że nigdy nie podwinie mi się noga.

Mój styl życia znacznie różni się od tego moich rodziców. Rodzina i kredyt to tylko jeden z przykładów. Mój ojciec nigdy nie był za granicą, ale za to kupił dom. Tylko co komu po domu, jeśli nie jest się w nim szczęśliwym? Możliwe, że jutro wpadnę pod autobus. Gdyby się tak stało to chciałabym umrzeć ze świadomością, że wykorzystałam w pełni każdy dzień. Co to za życie na hipotecznym kredycie…

  • Piękna osobista historia. Podróżuj póki możesz – wspomnień nikt Ci nie zabierze. Pozdrawiam i zostaję na dłużej na Twoim blogu!