facebook:
7.05 (2)

2016-05-07 3 min to read

Życie w niewielkiej wiosce na małej wyspie

Category : Wyspa Arran

Isle of Arran – zatrzymałam się tu na kilka najbliższych miesięcy, powoli się zadomawiam. Kinloch Hotel – miejsce, jakich pewnie wiele, ludzie przychodzą i odchodzą, tak to jest z pracą w hospitality, rzadko kto zostaje na dłużej. Kilka osób, które poznałam w kwietniu, w maju wyjechało. Przyjechało kilka nowych.

– Nie przywiązuj się do ludzi zanadto. – tak sobie mówiłam, z drugiej jednak strony liczyłam na przyjaźnie. Nie pomyliłam się, przynajmniej jedną przyjaźń zawarłam, miesiąc znajomości, ale wspomnienie zostanie na zawsze. Poznałam wielu ludzi, różne charaktery. Gdyby nie to, że mieszkamy i pracujemy w jednym miejscu, pewnie nigdy byśmy się ze sobą nie zetknęli. Żyję teraz w zamkniętym świecie, w niewielkiej społeczności, wyjątkowo dziwne doświadczenie, także międzyludzko. Spędzamy ze sobą długie godziny prawie codziennie, nie ma ucieczki. Człowiek przystosowuje się i zaczyna czerpać z tego przyjemność. Ciągle wśród ludzi, ogromna odmiana po samotnej zimie w Edynburgu, kiedy wyczerpana pracą nie miałam już siły nigdzie wychodzić.

Kinloch hotel to miejsce specyficzne, bardzo ciepłe i rodzinne. Robbie – właściciel pracuje razem z nami w barze, wstaje wcześnie rano i obsługuje hotelowych gości, podobnie jak jego żona, , którą kiedyś rodzice Robbie’go zatrudnili jako kelnerkę. Ich dzieci również pomagają jak mogą, w końcu któregoś dnia miejsce to będzie należało do jednego z nich. Pracownicy, którzy są tutaj od dawna tworzą niemalże rodzinę, każdy wspiera Robbie’go, jak może. Niedawno odeszło kilka pokojówek, w hotelu brakuje personelu, co rano widzę teraz księgową i recepcjonistki w fartuchach housekeeper’ów, sprzątające hol i pokoje. Każdy życzy jak najlepiej – temu miejscu i ludziom. W kuchni chłopaki ciągle stroją sobie żarty, ze wszystkiego i wszystkich. Cięty język to cecha, którą się tutaj bardzo ceni. Nieco to dla mnie problematyczne, biorąc pod uwagę, że angielski nie jest moim pierwszym językiem. Uśmiecham się do ludzi, chyba dzięki temu wszyscy są dla mnie mili.

Pokoje dla pracowników różnią się między sobą. Mi przypadła tzw. hut, mogę to chyba swobodnie przetłumaczyć jako chatka kempingowa. Tak właśnie się czuję, jak gdybym mieszkała na kempingu. Początkowo nie było w niej nawet ogrzewania, ale czasami wystarczy porozmawiać z ludźmi, piecyki elektryczne szybko zostały dostarczone. Nie są to warunki specjalnie mieszkaniowe – nie mamy lodówki (już mamy! Dostałyśmy w prezencie!), czajnika (już został przez nas zakupiony), kuchenki… Nie możemy same gotować, jesteśmy zdane na hotelowe jedzenie, które nie zawsze okazuje się zdrowe (przynajmniej to dla tzw. staff).

Posiłki jadamy wspólnie w małej przybudówce za kuchnią. Jest tam olbrzymi stół, kto chce przychodzi i je. Kto nie chce, nie przychodzi, jada gdzie indziej lub po prostu nie je. Może to i dobre miejsce na rozmowy, miejsce, w którym można ludzi poznawać, wydaje mi się jednak, że lepiej sprawdza się pub. Tak tu jest – praca, po pracy do pubu, piwo, drugie, trzecie. Ile chcesz, ile możesz, na alkohol wydaje się zarobione pieniądze (ja nie wydaję tak wiele, zazwyczaj chłopaki stawiają) . Tak wygląda życie towarzyskie w Wielkiej Brytanii (a może tylko w Szkocji?). Kultura alkoholu. Wierzcie lub nie, znacznie bardziej jest to tutaj widoczne niż w Polsce.

Pobyt w Blackwaterfoot (nieważne ile potrwa) będzie ciekawym doświadczeniem, z wielu powodów. Muszę nauczyć się dobrze organizować sobie czas, żeby go nie marnować. Planuję również nad sobą pracować, wyrobić sobie samodyscyplinę. Ludzie tutaj niespecjalnie zwracali na nas uwagę (nas-dwie nowe). Sama musiałam się do nich zwrócić z różnymi rzeczami, sama zaczynać rozmowy. Po raz kolejny się uczę, że jeśli ty się otworzysz, inni otworzą się również.

PS. Mały dopisek – do uroków życia na wyspie należy również to, że kiedy pogoda się zmienia na wietrzną i deszczową to prom do nas nie dociera. Czasami, tak jak dzisiaj, dociera z opóźnieniem, przez co autobusy również jeżdżą o zupełnie innych porach niż powinny. Morze z kolei wyrzuca na plażę nie tylko muszle, ale i piłeczki golfowe. Znalazłam dziś również coś, co wyglądało na szkietel delfina. Pogoda sztormowa bywa ciekawa. 

  • Arran to jedno z naszych ukochanych miejsc w Szkocji, zdecydowanie milosc od pierwszego wrazenia. A w Kinloch Hotel bylismy w kwietniu przy okazji Arran Coastal Trail Run, szkoda, ze na siebie nie wpadlismy 🙂

  • Oi szkoda 🙂 Arran jest wspaniała, potwierdzam 🙂 Niedługo na blogu pojawi się małe porównanie pomiędzy Arran i Skye – miejsca tak różne, obydwa piękne, z jednym i drugim wiążą się cudne wspomnienia.