facebook:
Life-is-an-adventure

2016-04-23 3 min to read

Początki

Category : Życie w Szkocji

23 kwietnia 2016 roku… Równo rok temu przeprowadziłam się do Szkocji. Powody? Zmęczenie rzeczywistością pracy w wielkiej korporacji, przesycenie Krakowem (czy tym miastem można się właściwie przesycić?), brak pomysłu na to, co robić dalej. Ucieczkowość jest cechą charakterystyczną mojego charakteru. To fakt, że szybko się nudzę, potrzebuję ciągłych zmian, nowych wyzwań, dynamizmu. Życie przeżywam do głębi każdego dnia, często boleśnie. Mam taki cel – na starość chcę mieć wiele historii do opowiedzenia.

Wiele się w ciągu tego roku wydarzyło. Poznałam wspaniałych ludzi, pracowałam w miejscu, które mieści największą kolekcję szkockiej whisky na świecie, chciałam studiować social work, pracowałam jako support worker, po raz kolejny przeszłam przez stadium głębokiej depresji i napadów lęku po to, żeby się z nich otrząsnąć i zamieszkać na przepięknej wyspie Arran. W międzyczasie wyjechałam do Londynu, gdzie zatrzymałam się u brata irańskiej gwiazdy filmowej. Ponownie zwiedzałam wyspiarską stolicę, pełna podziwu dla sztuki i życia nocnego, jednak coraz głębiej przekonana, że nie mogłabym zamieszkać w tej głośnej, betonowej dżungli. Odrzuciłam perspektywę ubiegania się o pracę w polskich mediach pod Londynem, odrzuciłam możliwość spędzenia kolejnego lata w Edynburgu, dokonywałam wyborów, za które teraz muszę wziąć odpowiedzialność, jestem tu gdzie jestem i chyba można powiedzieć, że jestem szczęśliwa. Do stolicy Szkocji prawdopodobnie jeszcze wrócę.  

Pamiętam ten dzień, równo rok temu, w Krakowie świeciło słońce, na dworzec autobusowy odwiózł mnie Tomek. Miałam ogromny bagaż, a już następnego dnia przekonałam się, że spakowałam zupełnie nie to, co trzeba. W Polsce powoli zaczynało się lato, w Szkocji temperatura w maju ciągle była niska, często padał deszcz i wiał przenikliwy wiatr. Nie miałam dobrej kurtki przeciwdeszczowej, w Krakowie jakoś nie była mi potrzebna. Nie wzięłam również żadnego ciepłego swetra, w końcu zima dawno już się skończyła. Buty treckingowe zostawiłam w domu, tymczasem okazało się, że każde inne przemakały. Szybko dowiedziałam się, że mam nie kupować parasola, przy takim wietrze wszystkie od razu się psują. Przez pierwszy miesiąc marzłam okropnie, ale Edynburg miał w końcu wiele innych uroków.

Podróż była długa: najpierw autobusem do Warszawy, pociągiem do Modlina na lotnisko, lot do Glasgow i kolejny autobus, żeby po ponad dziesięciu godzinach wreszcie dotrzeć na miejsce. Pamiętam moment, w którym wsiadałam do autobusu w Glasgow.. Próbowałam się dowiedzieć, o której godzinie będziemy w Edynburgu (po angielsku mówię płynnie). Odpowiedzi nie byłam jednak w stanie zrozumieć. Kierowca próbował trzy razy, aż w końcu pokazał mi świstek papieru z rozkładem jazdy. Teraz, po roku w Szkocji, coraz lepiej zaczynam rozumieć poszczególne akcenty. Chociaż czasami nadal nie jest łatwo.

Zamieszkałam u Malika, nieznajomego, który obiecał, że mi pomoże przez pierwszy miesiąc mojego pobytu w Szkocji. Rodzina Malika pochodzi z Indii, ale on sam urodził się w Edynburgu, jest młodym, przedsiębiorczym człowiekiem, który planuje założyć własną działalność. Od około dwóch lat prowadzi specyficzny tryb życia, ograniczając swoje funkcjonowanie do minimum i poświęcając długie godziny na studiowanie i planowanie. Z czasem poznałam sporo ludzi postępujących w ten sposób. Mimo wszystko nie mogę przestać zadawać sobie pytania – czy warto poświęcić kilka lat po to, żeby ostatecznie osiągnąć ten wypragniony, wyższy cel? Niby warto, bo w skali życia co znaczą takie trzy czy cztery lata? Z drugiej jednak strony, młodym się jest przecież tylko raz..

Nie jestem człowiekiem, który szczęście odkłada na potem, niecierpliwię się, chcę żyć tu i teraz, nie inwestuję w przyszłość. O ile się orientuję, jutro może przecież nie nadejść. Jestem w Szkocji, bo żyję z dnia na dzień. A jak postępujecie Wy?